Kochaj, walcz, słuchaj

Zacznę tak:

… NIE OGARNIAM.

 

Rocznica tak zwanych pierwszych wolnych wyborów w Polsce w zasadzie mnie nie dotyczy, a jednak coś mi z niej skapło. Teatr Modrzejewskiej z Legnicy zajechał w nasze skromne jeleniogórskie progi z koncertem piosenek zebranych pod wspólnym tytułem „Kochaj i walcz”. W dodatku z wolnym wstępem. Po prostu manna z nieba trzasnęła i obsypała mnie radośnie po czubek nosa.

Obawy, czy całość z racji takiej a nie innej okazji nie stanie się przyprawiającą o mdłości laurką, owszem, miałam. Względnie szybko się rozwiały. Całości można zarzucić wiele, ale patosu to na pewno nie. Wstawki mówione były rozbrajająco proste i szczere – w formie opowiastki dla córki/syna, który na dniach ma się urodzić, aktorzy czytają artykuły z ówczesnej prasy. Wszystkie absurdalnie zabawne. Oprócz tego między piosenki trafiło parę filmowych materiałów archiwalnych – takie wesołe epizodziki typu wiec wyborczy z kapelą podwórkową, profesor ekonomii, który sam nie wie, co gada czy wizyta u rodziny Wałęsów (gdzie najmłodsze z dzieci nadzwyczaj głośnym gaworzeniem zagłusza mamę ^^).

W kwestii muzycznej spektakl jest cholernie nierówny. To dobre słowo. Nierówny. Piosenek było jedenaście. Jak sam reżyser i dyrektor teatru w jednej osobie pan Jacek Głomb zapowiadał, niektóre aranżacje mogły zaskoczyć. I zaskoczyły mnie, niestety w sporej części na niekorzyść. Były piosenki zmasakrowane/zgwałcone totalnie. Znaczy nie, aż tak źle nie było – zdemolowano tak tylko jedną, ale za to nie byle jaką. „Konstytucje” Janerki w formie mambo śpiewanego przez dwie bujające się laseczki… eee… Boże. Widzisz i nie grzmisz. Piosenek Lecha J. się nie przerabia. A na pewno nie na taką modłę. Oprócz tego jednego kopa w majestat równie oburzającej aranżacji nie znalazłam, chociaż dużo było zwyczajnie położonych. Chociażby „Nie pytaj o Polskę” – głównie dlatego, że śpiewała Ewa Galusińska, a ja osobiście jestem zdania, że większość piosenek Grzegorza Ciechowskiego nie nadaje się do wykonywania przez kobiety. „Sentymentalna panna S.” w wykonaniu żeńskiego tercetu wypadła zimno i nieprzekonująco. „Telewizję” z repertuaru Jacka Kleyffa zniszczyła nadinterpretacja. Nienajlepiej wypadła też „Żeby Polska była Polską”, pomimo pięknego wokalu Łukasza Węgrzynowskiego. Z jednej strony to „zasługa” dwuosobowego żeńskiego chórku piszczącego w refrenach, jak gdyby je kto na rożen nadziewał. Z drugiej… chyba „wyświechtania” tego utworu we wszystkie możliwe strony na wszystkie możliwe okazje… Była jedna piosenka wykonana poprawnie – „Przetrwamy” Wojciecha Młynarskiego w interpretacji Pawła Palcata. Mogłabym też za poprawną uznać „Granice” Maanamu w wykonaniu Katarzyny Dworak, gdyby nie jeden przykry myk – muzyka przez większość występu zagłuszała wokalistkę… Reszta to już utwory niemal całkiem udane i całkiem udane. Gorzko-humorystyczna pieśń „Szoruj babci do kolejki” nie straciła nic, a nawet sporo zyskała, odśpiewana na trzy głosy przez Anitę Poddębniak, Małgorzatę Urbańską i Bogdana Grzeszczaka. Ciekawie wypadł Rafał Cieluch śpiewając „Źródło”, chociaż wydawałoby się, że z tego kawałka nic nowego już się wycisnąć nie da. I mocne uderzenie na finał – „Więzienne tango” wykonane rozmiękczającym basem przez Pawła Wolaka. Chociaż te żeńskie chórki to ja bym wywaliła, bo niepotrzebne… No i na koniec ten jeden kawałek całkiem udany. „Psalm ludzi stojących w kolejce”, piosenka, którą zawsze słyszałam tylko i wyłącznie w kobiecym wykonaniu, tym razem w męskim. Ale nie byle jakim. Tego wieczoru utwór pojawił się w niecodziennej, rzekłabym nawet brawurowej, interpretacji Grzegorza Wojdona. Ciary na plecach przy każdym refrenie. I ja się ogólnie dziwię, że scena to wytrzymała i że on jej nie rozniósł… Tylko tymi rękami mógł tak nie machać. Nie leżało mi to do całości 😛

Ogółem bardziej na plus niż na minus. Chociażby za ten brak patosu i swobodność w żonglowaniu konwencjami w utworach. A finał, taki finał finałów, był absolutnie… dziki 😀 Zbiorowy toaścik – wszyscy artyści, goście oraz widzowie dostali po kieliszku (plastikowym, żeby nie było) wcale nie śmierdzącego siarą igristoja (naturalnie kilkorgu nieletnim, jacy zaplątali się na koncert, dano soczek :P) – i bis „Żeby Polska była Polską”, bo to wszyscy znają. Btw. ukłonki dla pana siedzącego obok, bo jakby pani z tacą nie poprosił jeszcze raz, to bym nie dostała swojej porcji trunku.

 

I w sumie tu historia mogłaby się skończyć, ale miała swój dalszy ciąg. Otóż gdy już zbierałam się do wyjścia, gdy dostrzegłam się na sali nie kogo innego, jak pana J. (a właściwie to J., chociaż… „20 lat różnicy to dla mnie za dużo jak na >>ty<<” ^^). Pomyślałam sobie, że podejdę, zagaję, bo dawno na żywo nie gadalim… No i tak zrobiłam. No co tu się rozwijać, miło było… I raz w życiu mi się za długi język przydał, bo jakoś gadając o spektaklu napomknęłam cośtam o panu Wojdonie… a jak każdemu, kto mnie zna trochę lepiej, wiadomo, od dawnych czasów gościa bardzo lubię i szanuję, a w wieku lat 15 czy 16 przyklejałam się do telewizora, oglądając go w jakimś tam serialu, ewentualnie w arcydziele kinematografii offu „Marco P. i złodzieje rowerów”… ^^” I… yyyy… skróćmy – dzikim zbiegiem okoliczności poznałam pana aktora Grzegorza Wojdona osobiście. I tego… do teraz nie ogarniam. Jakby to cholera było takie zajebiście proste. Bo może i było…? I teges. Autograf też mam. Będzie pamiątka. Wysokiej klasy. Obok plastikowego kieliszka, który stoi gdzieś tu obok i łypie na mnie złowieszczym wzrokiem.

(Pan) J. to nieprawdopodobny facet jest. Jeszcze raz ładnie dziękuję. Ba, ładnie. Ślicznie. Arcypięknie. Z ukłonami do ziemi. I ja naprawdę mam nadzieję, że znowu w wakacjonsy będziemy się zamęczać twórczo.

*dyg*

 

 

– Powiemy, że jesteś moją siostrą. Jesteś podobna, to…

– Yyy… To nawet takie wiarygodne…

 

 

Doprawdy, NIE OGARNIAM.

Nie wiem, jak ja się z tego otrząsnę.

Jakby kto chciał, na Jelonce są już zdjęcia.

Dobranoooc.

*gleba*

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *