Historia lubi zataczać wesołe kręgi. Po roku i 4 dniach „Podróże dookoła pokoju stołowego” z Szymonem na pokładzie wróciły do Jeleniej, a ja, mimo świadomości, że oto w tym spektaklu skumulowano niemal wszystkie myki, które ja osobiście najchętniej wypleniłabym z teatru w ogóle, poszłam. I to – zgodnie z zapowiedziami – nie sama. Chociaż komplikacji nie zbrakło, bo ja się spóźniłam, a Justyna w ogóle nie dotarła. Martwiłam się, owszem, ale cóż poradzić, kiedy (głupia!) nie miałam do niej numeru telefonu, żeby się skontaktować i nakierować. Jak się później okazało, wypadło jej coś, a nie miała jak dać znać. Just, dawaj nr tel, ale już.
No cóż. Jachimek. To nazwisko mówi samo za siebie. Szczególnie w zestawieniu z imieniem Szymon. Dla tej kombinacji gotowa byłam już na parę poświęceń. Drobniejszych lub mniej, ale jednak – poświęceń. Wiadomo, zacznijmy od tego, że dla byle kogo nie idzie się na coś, co nie podobało się za pierwszym razem.
W kwestii samego spektaklu w zasadzie mogłabym powtórzyć to, co napisałam gdzieś tutaj rok i 4 dni temu. Świat się zmienia, ludzie się zmieniają, ja się zmieniam, ale pewne moje opinie nie. Nadal krzywię się na zbyt gruby makijaż scenicznych eksperymentów w zestawieniu z brakiem sensu i przesłania w tym, co jest pokazywane na scenie. Bo mi to się wydaje, że jak już ktoś zajmuje miejsce na deskach, to ma coś mądrego/fajnego/ciekawego do powiedzenia/pokazania. Praktyka jak widać uczy, że naprawdę różnie z tym bywa. No, ale Szymon. Podobnie nie zmienił się mój respekt dla niego za jedną scenę spektaklu – tą, gdy wisi na desce, trzymanej przez dwóch innych aktorów. Pełne zaufanie wobec scenicznych partnerów i duże zaangażowanie w to sztuczydełko – to mimo wszystko cecha dobra, bo tak mają naprawdę wielcy. Chociaż nadal spalania się zdolnych ludzi w niskich lotów projektach nie pochwalam, a wręcz staram się tępić, bo to gorsze niźli Hiroszima z Feelem pospołu.
Z jednej strony Klaudia, a z drugiej Natalia dosyć regularnie dawały mi do zrozumienia, że są podobnego zdania jak ja. Cytuję, „WTF?”, „To jest chore”, „Łojezu” czy też (to już moje słowa) „Bóg ich opuścił”. Dosadne, ale cóż. W kwestii tego, że ja się zmieniam – przez ten rok języczek mi się wyostrzył, czego skwapliwie dawałam i daję dowody – także dzisiaj 😛 Przez salę dosyć często przebiegał śmiech. Ot, bo aktor wsadził głowę w wiadro, bo drugi zaczął gwizdać na butelce, bo aktorka zaczęła walić w główkę kapusty kijem. W zeszłym roku w Muflonie też się z tego śmiano. Z tym, że robiły to głównie dzieci w wieku „podstawówkowym”. Więc miałam pewne zastrzeżenia co do śmiechu widowni z dzisiaj. Po wyjściu okazało się, że Klaudia też to zauważyła i też, jak ja, skojarzyła to z występami pewnego cienkiego żeńskiego kabaretu… Bo chyba tutaj jeszcze tego nie pisałam, ale po kabaretonie w Lubaniu miałam z mamą taki dialożek:
Daga: A coś się nie podobało?
Mama: Wiadomo, Babeczki z Rodzynkiem.
Daga: Tjaaa. Ale się śmiałaś.
Mama: A, to był taki pusty śmiech.
Pusty śmiech. Dokładnie. Bo stare konie się wydurniają. Wstyd przyznać, nas też momentami zdejmował. Cóż, ludzkie. Chociaż śmiałyśmy się też szczerze. Dwa razy. Jednak nie ze spektaklu, a z tekstów podobnej gromadki siedzącej za nami, która w przeciwieństwie do nas próbowała jeszcze się czegoś doszukać w kicaniu po scenie brygady Pracowni Prowincja.
– Co ona tam ma?
– Jabłko.
– Sama jesteś jabłko.
Gwoli ścisłości – ona obierała kartofelek 😀 Było jeszcze jakieś erotyczne skojarzenie z jogopodobnymi wygibasami pań aktorek, którego nie przetrzymała Klaudia. Swoją drogą – szacun. Szukanie przesłania w „Podróżach…” to jak rozglądanie się za puddingiem czekoladowym w sklepie ze zdrową żywnością. Mission impossible. Tym bardziej, że natężenie symboli przypominających klucze, które nie otwierają żadnych drzwi, przyprawia ludzi, którzy lubią i chcą myśleć w teatrze, o gotowanie się mózgu równie skutecznie co dwie lekcje matmy pod rząd. Wprawdzie pan reżyser, który obok nas miał małą wojenkę z pozbawionymi klamek drzwiami do sali wydawał się być bardzo miłym gościem, ale to nie zmienia faktu, że sztuczka… jak to mówili w „Idolu” – jesteśmy na nie. Nietrudno więc się dziwić, że po zakończeniu sztuczydełka, gdy to w korytarzu oczekiwałyśmy na Szymka, zdecydowanie nam odbijało. Nie bez wpływu na to były same nasze charaktery, zestawione w morderczym miksie. Jak to mówią, w towarzystwie niektórych nawet największy badziew zyskuje sens. Tak to, obok nieprzytaczalnych wywodów i teorii (Klaudia zauważywszy przez drzwi kręcącą się po sali jedną z aktorek: „Ta bezwstydnica w wielkiej sukni sprząta” – echo skojarzeń pań z tyłu xP), narodził się koncept sztuki „Deptanie liścia” – w rolach głównych Dagens, Natka, Klaudia i listek róży, do zobaczenia za rok na Pestce x)
Gdy drogą sieciową dogadywałam się z Szym co do faktu, iż ma zajechać w moje piękne okolice, postraszyłam w żartach, że powtórzę moją opinię ze spektaklu sprzed roku, z tym, że znacznie dosadniej. Gdy już się spotkaliśmy, machnęłam ręką i stwierdziłam: „Miałam powtórzyć to, co rok temu, z tym, że dosadniej, ale… nie chce mi się”. No tak. Wbrew wszystkiemu gnojenie ludzi fajnych, miłych i zdolnych nie przychodzi łatwo jak wysiorbanie herbaty. Tym bardziej Szymka. To typ człowieka, którego szczególnie trudno się gani, bo… jest zwyczajnie za słodki. Nawet, gdy czyni ci małe przytyczki jak patyczki. A szczególnie nie mogłam go ochrzanić po raz drugi za „Podróże…”, bo sam przyznał, że przesłania faktycznie nie ma. I to mnie, cholender, ujęło. Bo wielu innych by się upierało, że jest.
A. I tak baj de łej, to dowiedziałam się czegoś, co mile połechtało moją próżność początkującego, ale już obdarzonego ostrym pazurkiem teoretyka sztuk okołoscenicznych – moja notka blogowa na temat premiery spektaklu (tak, ta sprzed roku i 4 dni!) trafiła w łapki jego koleżanki z Pracowni, jeśli się nie mylę Aleksandry, która nie omieszkała się z resztą nią podzielić i ponoć opinia moja (nie)skromna, jak to ujął Szy, odbiła się dość szerokim echem… No cóż. Wszystkie inne recenzje „Podróży…”, z jakimi się spotkałam, były pozytywne, by nie powiedzieć entuzjastyczne, a jak to śpiewał T.Love „najtrudniejsze zawsze jest powiedzieć >>nie<<, gdy mówią >>tak<<„… A zresztą – opinie wszelkie, subtelne i nie, mają szczególny sens wówczas, gdy trafiają do zainteresowanych (co z tego, co wiem, zdarzyło mi się nie pierwszy raz) 🙂
Rozstanie tradycyjnie przyszło za szybko. Mało boleśnie, bo przecież Limo odwiedzi nas za dwa tygodnie… Niemniej tradycyjnie zapomniałam coś powiedzieć. A szkoda. Chociaż w sumie mogę napisać to tutaj – to jedna z tych rzeczy, które cały świat może wiedzieć:
Jeżeli dla potrzeb tak drobnego, nic w rzeczywistości nie znaczącego we wszystkich aspektach przedstawionka Szymon gotów był na dość dosadne narażanie się fizyczne (vide wspominane po wielokroć wiszenie na desce czy fakt, że ów kubrak z dechą na plecach skombinowany był tak, że w trakcie chodzenia deska uderzała go w głowę), to w takim razie ile dałby z siebie w sztuce prawdziwej?… Pozostawiam to pod rozwagę. A i w tym momencie przypominam sobie, że…
Gdy rok i 4 dni temu temu obejrzałam „Podróże…” i doszłam do wniosku, że to zdecydowanie niewystarczający spektakl jak na Szyszulowe możliwości, zapragnęłam dla niego monodramu (bo miałam wciąż w pamięci „Wódkę z rumem”, kiedy to dla zdolnego aktora tekst stał się szansą na prawdziwy koncert). Do tego stopnia, że zaczęłam myśleć nad napisaniem go samodzielnie. Niestety, przez ten rok i 4 dni nie znalazłam żadnego tematu na tyle frapującego, by poświęcić mu ową formę dramaturgiczną. A nie chciałam i nie chcę wzorować się na tym, co zobaczyłam i nabazgrać sztuki o niczym. Tak więc sprawa nadal będzie trwać w zawieszeniu na czas nieokreślony.
Spotkania z niektórymi w pewnym sensie szkodzą. Na zasadzie, że wszystko co w życiu dobre jest albo niemoralne albo tuczące. Bo jak inaczej tłumaczyć fakt, że wracając z Klaudią i Natką w stronę dworca (tata miał zabrać Natę autem), bez kozery, za to ze świętym oburzeniem drzeć się na całą ulicę 1 Maja: „Ja nie chcę tego tematu, bo mnie to kurwa boli i mam do tego prawo!” tudzież coś w tym stylu (cicha nadzieja, że nikt tego nie słyszał poza nami – nie widziałam nadmiaru przechodniów xP). Temat rozmowy w „oczekiwaniu” zszedł na sprawy okołokabaretowe. Po odjeździe Natalii, gdy Klaudii do pekaesu pozostało jeszcze sporo czasu, ciągnąłyśmy tą pogadankę we dwie, krążąc po Rynku. I wiecie co? Jak miewałam wrażenie, że jestem marudna, tak mi przeszło. Bo okazało się, że dziewczyny spostrzeżenia mają podobne. Kabarety częściej myślące o kasie niż o sztuce, stada rozpiszczanych fanek i fanek-poszukiwaczek mężów wokół nich, zatracenie się sensu kabaretowych for dyskusyjnych, bo owe „piszczki” stać jeno na stwierdzenie, że „jest/są zajebiści” i tyle, kiepscy artyści z nie po kolei ułożonymi klepkami w głowie, błędne decyzje personalno-zawodowe… Lżej wiedzieć, że nie jest się w pewnych odczuciach osamotnionym i że ma się z kim dać odpór fali badziewstwa zalewającej wesoły kabaretowy światek. Wiwat JGKW!
(A Ratusz wygląda jak Wielki Ptaaak…)
I w zasadzie to by było na tyle. Na dalszy ciąg trójmiejsko-jeleniogórskiej opowieści zapraszam po 13 czerwca, kiedy to gromada Limem zwana odwiedzi nas radośnie.
Dobranoooc.