Uwaga. Duży współczynnik marudzenia w notce. Relatywnie duży. Komu nie w smak, temu radzę dać sobie siana z czytaniem.
Auuuuuuuuuuuuuuuu! Od niedzieli pocierpuję na wielkie NieChceMiSię i Okresowy Brak Perspektyw. W skrócie dół. Ale przerywany. I bardzo dobrze, bo cztery dni ciągłego i właściwie nie spowodowanego niczym sensownym doła mogą tylko i wyłącznie bokiem wyjść.
Ot, zbiór nieprzychylnych okoliczności. Narzekania zdrowotne, załamanie pogody na początku tygodnia, natłok roboty w szkole, nieudane plany na ten tydzień, poważna choroba ulubionego nauczyciela (w wieku 30 lat złapał ospę. Pech) i jeszcze parę osobisto-uczuciowych drobiazgów. Plus syndrom dnia następnego po Lubańskiej Nocy Kabaretowej. Nie, to nie jest eufemizm, to naprawdę się tak u nas nazywa. Po nadmiernym napływie serotoniny organizm żąda równowagi… no i masz. Z tym, że przez czynniki dodatkowe z dnia następnego zrobił mi się chyba tydzień następny.
Kurwa, najgorsze, że to wielkie NieChceMiSię szaleje na zmianę z wielkim ChceMiSię, ale działającym w stosunku do baaardzo określonych spraw. Bo chciałoby się porobić jakieś rzeczy stuprocentowo satysfakcjonujące, a nie jakieś pierdzielone półśrodki i inne półprodukty. Ale – a to nie idzie, jak by się tego oczekiwało od siebie, a to nie ma z kim (pewnych rzeczy zwyczajnie nie da się tworzyć samemu), a to nie ma kogoś czy czegoś (przyziemnie pojęta siła wyższa), coby mi chciało pomóc, wyciągnąć pomocną łapkę i podciągnąć na górę. A wbijanie się zębami i wdrapywanie ku górze na chama nadal mi zdecydowanie nie odpowiada, mimo wielu rozczarowań z tym „felerem” związanych.
Non bikini solare? Po naszemu to będzie „dupa blada”. Apropos Ziobry – w sobotę idziemy z mamą, Anią i mamą Ani na mecz z okazji XX-lecia awansu JKS Spartakus do ekstraklasy, gdzie będzie mister Jacek konferansjerzył. I to jest jak na razie jedyny pozytyw na najbliższe dni. Tak się śmiesznie złożyło, że kiedyś w Spartakusie grał zarówno mój wujek, jak i Anki tato. Co najzabawniejsze, prawdopodobnie się znali.
Baj de łej zapamiętajcie Ankę, bo coś czuję, że jeszcze będziecie często jej imię tutaj czytać. Po raz pierwszy od czasów gimnazjalnych zdarzyło mi się mieć szkolną koleżankę, z którą aż tak dobrze bym się dogadywała. Też obgryza paznokcie (nie wykręcaj się, widziałam :P), nie cierpi matmy, wielbi pana od historii, słucha reggae, też ma w pokoju nieprawdopodobny bajzel ^^ i jest do mnie podobna jeszcze w prawdopodobnie w kilkunastu aspektach. No i to pierwsza od gimnazjum koleżanka ze szkoły, która była u mnie w domu. A wiadomo, że nie każdego ot tak po pół roku znajomości zapraszam do siebie do mojej pachnącej kurzem i starymi gazetami nory 😛
Zaczęłam na smutno, skończyłam praktycznie na wesoło. Śmieszne, nie?…
Absurdalnie, rzekłabym.