Lubańska Noc Kabaretowa – Le voyageur du pays inconnu

Styczniowy występ Neo-Nówki w Jeleniej z różnych przyczyn mi umknął, toteż usilnie szukałam i sprawdzałam od tamtego czasu, czy przypadkiem nie grają w pobliżu. 9 maja mieli wystąpić w ramach Lubańskiej Nocy Kabaretowej, a 19 czerwca (chyba – bij zabij teraz nie pamiętam) w Legnicy w ramach Kabaretowego Przeglądu Pokoleń. Ciężki wybór. Tak więc doszliśmy do rozwiązania – idziemy na Ogińskiego, jeśli mają jeszcze bilety na Lubań na pierwszy sektor, to bierzemy. No i były.

 

Miejsca nienumerowane, toteż będąc już na miejscu ponad 40 minut wcześniej znalazłyśmy piękną lokalizację na środku czwartego rzędu. Gdybym tylko miała cyfrówkę, mogłabym robić świetne zdjęcia. No, ale jej nie mam.

 

Z jednej strony poza Neo-Nówką jeszcze Halama z Jarosem i niemożliwy Jacek Ziobro na konferansjerce. Z drugiej Babeczki z Rodzynkiem – moja kabaretowa kość w gardle – i Paranienormalni. Wyższość pozytywów nad negatywami jednak widoczna. Btw. Ziobro właśnie opowiadał o takiej rozmowie pesymisty z optymistą na samym początku. Kto był we wrześniu na „Rykowisku”, ten pewnie zna. A z negatywów czysto organizacyjnych – zabrakło Klaudii. Grypka.

 

Konferansjer faktycznie był niemożliwy. Kolejne teksty – czasem dosyć brutalne – potrafiły zagiąć człowieka do połowy. Poza nim tylko Neonsi tak gięli. Z tym, że mieli łatwiej, bo grali na finał, a Ziobro musiał rozgrzewać jeszcze zupełnie zimną i nieurobioną publikę. Raczej mu wyszło. Zresztą – jak miało nie wyjść, skoro na powitanie uderzył nową piosenką (z rozbrajającą szczerością wyznał, że może się rąbnąć, bo nie zna jeszcze dobrze tekstu) na melodię stareńkiego szlagieru „Kobiety są gorące” (kto to jeszcze pamięta?) opowiadającą o… krematorium. Żeby było śmieszniej, dokładnie w momencie, gdy wykonywał ten utwór, w amfiteatrze pojawiła się ekipa medyczna 😀

 

Gdy Ziobro schodził ze sceny… no, to bywało różnie. Na pierwszy ogień poszły Babeczki z Rodzynkiem. I sytuacja wyglądała tak: wylazł Bartek, powiedział coś (niespodzianka!) śmiesznego, zaśmiałam się, potem zaczął się właściwy występ, kolejne skecze, lud (włącznie z siedzącą obok mnie moją mamą) się śmieje, ja w tych samych momentach robię minę pod tytułem „WTF?” (tak się nawet zastanawiam, czy mi się komiksowo nad głową nie pojawiły takie wesołe literki – WTF). Poleciały trzy skecze, które już skopały moje poczucie humoru przy okazji paru realizacji telewizyjnych – tj. zaglądanie w dekolt, wizyta w mieście (plus kupa w windzie) i dziewczyny z tipsami. Gratis były jeszcze numery: o szczerym człowieku, o castingu do pracy i o rodzinie. I cóż. Zdanie o ich mi się nie polepszyło. Tylko tyle, że miałam Bartkowi ochotę krzyknąć: „Bartek, rzuć w cholerę ten harem i zostań solistą!”. Teoretycznie miałam dodać coś jeszcze do tej oceny, ale milcząco przyobiecałam komuś, że tego nie zrobię. Nie pytajcie o szczegóły, to nieistotne. Reasumując – Babeczki nadal uważam, cytując koleżankę Kasię, za tylko troszkę więcej niż nic. Tym bardziej, że przez czas ich występu zdążyłam przymarznąć do ławki. Odmarzłam, gdy Ziobro wrócił. Przepięknie przygasił nadto hałaśliwą panią z drugiego rzędu, mówiąc: „Tej pani więcej nie lać” (faktycznie, była podejrzanie mocno pozbawiona hamulców). Tą samą później Grzegorz Halama ochrzcił „żulietą”, przy okazji fragmentów programu o wymownym tytule „Żule i bandziory”. Luźno poskładane w miarę logiczną całość, przemieszane ze starszymi kawałkami („Ja wiedziałem, że tak będzie”, „Szanta”), ogólnie jakaś różnorodność wyczuwalna była. Owacyjnie przyjęto pieśń o tym, że „Nie pożyczę ci stówy”, na widok pana Józka usłyszałam z tylnych rzędów radosne, dziecięce: „Kurczaki!”. Było… fajnie. Bo co Halama, to Halama. Później Ziobro wpadł właściwie tylko na chwilę, zapowiedział Paranienormalnych i uciekł. Ja też uciekłam, z tym, że do toalety. Sorry. Organizm musi swoje, a dodatkowo przy występie Babeczek z Rodzynkiem nie miałam czym odwrócić uwagi… Dużo chyba nie straciłam, bo jak wróciłam, to jeszcze robili wprowadzenie. Pochwalili się Michałem nieszczęsnym, a potem już zaczęli na dobre. Pewnych rzeczy mieli już od dłuższego czasu nie grać. He he. Teoria przez takie duże T. Był pająk z muchą, praca w radiu i naturalnie Mariolka, na której widok poprosiłam mamę: „Zastrzel mnie”. Jedno jedyne „Wesele” jakoś sprawiło, że gapiłam się na scenę, a nie po kątach. Tja. Śmiesznie się ogląda ze świadomością, że Paszczu naprawdę GRA pijanego, bo prywatnie nie pije (i się nie upija). Coś tam jeszcze z powyginanym profesorkiem było, ale też odpadłam, nie bawiło mnie, to nie pamiętam. Resztki energii zachowałam na wyczekiwaną i wytęsknioną Neo-Nówkę. Przy piosence wstępnej boleśnie dał się odczuć brak Klaudii. Wrzeszczeć tekst za Radkiem jako jedyny element w amfiteatrze jakoś szybko mi się odechciało. We dwójkę czy jeszcze większą gromadą zawsze zabawniej. Później już było lżej. Rada pedagogiczna zaradzi na wszystko (jakkolwiek takie zdanie głupkowato nie brzmi :P). Dla mnie zupełnie nowy skecz, niemiłosierny w skojarzeniach, zwalający z ławki już samymi kostiumami. Gawlin biega w sukience, ok, ale… Radek? Taak, najzabawniej jest, gdy kobietą staje się zupełnie niekobiecy facet. Już zupełnie inna rzecz, że treść skeczu sama w sobie momentami mordercza. Nauczyciel religii uczy też wiedzy o seksie (w skrócie WOS), delikwenta gra Roman i wszystko jasne. Ponadto właściwie same hity. Taki pan, który ma wszystko. Polacy w niebie. Ksiądz i kościelny. Dwa ostatnie okraszone tradycyjnie sporą dozą improwizacji. Trochę nie do opisania, albowiem „Bogu” ze świętym Piotrem i skrybą czynili jakieś niejasne podszepty w trakcie skeczu, miny stroili… I jeden moment typu „owned!” – po przeniesieniu Polaków do starożytnego Egiptu i sławetnym tekście: „Z oddalającego się tłumu zdało się słyszeć znajome dźwięki…” itd. Gawlin stoi (no, powiedzmy, że stoi – Radek go w pionie trzymał) z rozdziawioną buzią, a Bielik łapie go za szczękę i próbuje zamknąć. Widok cudny 😀 Na końcówkę początkowo trochę się skrzywiłam, bo okazało się, że idzie piosenka reggae z finału „Naszej Gminy”, którą raczej nie byłam zachwycona. Ale potem się rozczarowałam. Na plus dla chłopców. Bo przy wykonaniu czysto własnym, bez towarzystwa „młodych zdolnych”, kawałek okazał się być znacznie lepszy. Na tyle, że poza mną cały amfiteatr definitywnie się rozbujał i po zakończeniu piosenki ryczał: „Jeszcze! Jeszcze!”. Wtedy, w TV, to była chyba jakaś niedorobiona albo wypaczona wersja (taaak, to sprawka Babeczek! Nowa teoria spiskowa! :P).

 

Warto też chyba wspomnieć, że sporą rolę tego wieczora odegrały… chrabąszcze majowe, które już zaczęły urzędowanie. Leciały jak głupie do światła reflektorów, śmigając nad głowami występującymi jako ostatni kabareciarzy. Jeden egzemplarz „zagrał” u Paranienormalnych w „Pająku i musze”, strasząc nie na żarty obu owadzich bohaterów, którzy spieprzali przez małym „pobratymcą”. Dwa inne miały wpływ na losy niebiańskiego skeczu chłopców-Neonowców. Pierwszy, strzepany z szaty Boga przez skrybę w trakcie rozmowy telefonicznej, wywołał pytanie: „A żuka nie chcesz?” (na co Lucjan odpowiedział, że ma już starą nyskę i mu wystarczy). Drugi z racji usadowienia został skomentowany przez skrybę jako „broszka” (Bóg: „Nie chcesz jeszcze jednego żuka?”, skryba: „Ja myślałem, że to broszka”). Tak to robaki uratowały w moich oczach jeden występ, a dosmaczyły drugi.

 

 

 

 

Artyści poszli ze sceny, Ziobro powiedział, że widzimy się za rok, a wybawiona publika ruszyła ku górze po schodach w stronę wyjść. Tylko paru zapaleńców przydreptało w stronę przejścia za kulisy, gdzie – o niespodzianko słodka – mili państwo ochroniarze oznajmili, że „zaraz przyjdą”. Przyszli, była sesja autografowa, fotograficzna. Małe, śliczne, wesołe dziewczynki w różowych spódniczkach – najmłodsze przybyłe pod „bramkę” – uradowały się wielce, ci starsi też. Autografy wzięła też wspomniana już ochrona, a potem zostałam już tylko ja – która zresztą na pytanie, czy też chce, naturalnie przytaknęła, bo autografy niby bierze tylko po razie od każdego, ale neonowej pocztówki to jeszcze nie miała.

 

Wiadomo. Nie odpuściłam im. To trochę taka choroba chyba (neonizm chroniczny :D), bo jakoś już tak się utarło od tego „pierwszego razu” w Lwówku prawie dwa lata temu – jak jestem na ich występie, to wpadam po na krótką rozmowę. Cholera wie, po co, ale zawsze muszę. A oni na razie nie mają ochoty mnie pogonić, czyli chyba nie jest jeszcze tak źle… Chociaż może oni mnie nie gonią właśnie dlatego, że widują mnie raz na pół roku przez kwadrans i ja póki co nie proszę o więcej 😀 Z jednej strony kocham te zakulisowe spotkania, z drugiej nienawidzę. Kocham wiadomo dlaczego – bo są, po prostu. Nienawidzę, bo są najczęściej cholernie krótkie. Dzisiaj było w sumie nieco mniej niż 10 minut. Cóż. Życie. W zupełności rozumiem, że tak bywa. Roman jakoś umknął. Radek z Miśkiem zostali. Nie tylko na miejscu, ale i jedynymi niespokrewnionymi ze mną ludźmi, którzy za ogólnie i luźno pojęty ochrzan nie oberwali. Może i dlatego, że umieli to, co im nie grało, sprzedać tak, że w sumie zbesztaniem nie było. Ot, wymiana poglądów. Nie zmienia to w sumie faktu, że można pewnych spostrzeżeń nie wyrażać słownie, ale nadal na pewne rzeczy mieć takie, a nie inne zdanie. Był też, zdawało mi się, pewien przekaz: „Vas-y, Julie!”*. No tak. Proste, ale coraz częściej mam wrażenie, że awykonalne. Chociaż wydaje mi się, że nie trzeba być kucharzem, żeby wiedzieć, że zupa jest niejadalna. Ewentualnie wiedza teoretyczno-praktyczna może być pomocna w gromieniu tych, którzy niesmaczne zupki warzą. Ale ewentualnie. No i cóż. „Jesteś osobą, która analizuje…”. Ładne zdanie. Co zabawne, tego typu stwierdzenie od osoby niewątpliwie stojącej wyżej niźli ja usłyszałam już drugi raz. Chociaż tak sobie myślę, że analizowanie w gruncie rzeczy utrudnia życie. Bo synteza jest prostsza, zgarniasz wszystko do paru wielkich worków, opatrujesz je ogólnikami i świat staje się złudnie piękny, prosty i jaśniutki jak słoneczko. A jeśli osoba, która analizuje, spotka osobę, która syntetyzuje, kończy się to popisowym pieprznikiem (kto czytał „Ferdydurke”?).

 

Wróciłam do domu około północy. Przeszalany wieczór. Aaa, i napiszę, bo jeszcze nie napisałam: kocham moich „starych”. Mamę, która wykłada stówę na bilety i przestawia sobie godziny pracy oraz tatę, który zajmuje swój czas i zrywa się wcześniej z roboty, żeby ich jedynaczka dotarła na wyczekaną i wyproszoną imprezę. Jednak w takiej chwili cudnie być jedynakiem – bo jakby było nas dwie/dwoje lub więcej i wszyscy chcieliby jechać do Lubania, pewnie kazaliby nam się wypchać.

 

Były i rzeczy, których się nie zrobiło. Bo się zapomniało lub okoliczności nie sprzyjały. Miałam zapytać się chłopców o coś odnośnie forum. Przypomniałam sobie dopiero w domu, klecąc tą notkę. Miałam pozdrowić Paszcza od Klaudii. Przepraszam, nie dało rady. Jak się kabareton skończył, to w „zakulisiech” tylko Neonsi już zostali. Gomenasai. Btw. przed swoją „kolejką” krążył trochę między dolnymi ławkami sektorów i oglądał występy kolegów, ale tak sobie pomyślałam – wyrywać się z miejsca w środku występu tylko po to, żeby mu pozawracać gitarę? Jakoś mi to nie leżało.

 

 

Aha. Oznajmiam – Radosław Bielecki słucha reggae, ale nie wypala trawy.

Howk.

 

 

 

 

 

* Albo nawet „Vas-y, Julieta”. Wtedy czytałoby się to jako „żulieta”. Ot, taki halamowski myk.

2 komentarze do “Lubańska Noc Kabaretowa – Le voyageur du pays inconnu”

  1. Zacznę od tego, że zazdroszczę. Zwłaszcza dlatego, że na Neo-Nówkę miałam się wybrać, ale nie poszłam, bo na dodatek byli Paranienormalni a za taką kasę nie miałam zamiaru się męczyć. Tak ogólnie, to się z Tobą zgadzam. Miło by było, jakby Bartek zaczął karierę solową (choć akurat mnie skecz o szczerym człowieku bardzo przypadł do gustu, patrzenie w dekolt też, mimo że prostackie), bo facet jest niemożliwy. Paranienormalni… no, wiadomo 🙂 Dziwi mnie tylko, jak można o jednym facecie tak różne zdania. Bo podczas kiedy Ty przyjmowałaś pana Ziobrę jako wybawienie, to ja ziewałam na jego monologu widzianym w TV, przypominałam sobie „To je to”, czy jak to się tam nazywało, zastanawiając się, jakim sposobem to może kogoś bawić. Ot, taka mała impresja w temacie „de gustibus non disputandum est”.

  2. Byłam ostatnio na Neo-nówce w Katowicach i bardzo mi się występ podobał. Do tego również miałam okazję sobie z nimi porozmawiać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *