Majówka

Najzabawniejsze jest to, że ostatnimi czasy jeśli pojawia się jakieś wolne, to na dzień przed dowiaduję się, że gdzieś jedziemy. Tak było w święta wielkanocne, tak się trafiło i w majowy weekend. W czwartek poszła propozycja, żeby się wybrać do Krzeszowa albo Książa. W efekcie padło na Krzeszów, a w drodze okazało się, że wpadniemy gdzieś jeszcze. Finalnie po wizycie w tzw. bazylice mniejszej odwiedziliśmy jeszcze Chełmsk Śląski i kowarski Park Miniatur. I tradycyjnie wychodzi na to, że ciekawe rzeczy można znaleźć niemal pod nosem. Starczy się rozejrzeć… i mieć chętnego, który będzie robił za szofera.

Teoretycznie zawsze najbardziej odpowiadał mi renesans, jeśli chodzi o style w architekturze. Po dzisiejszym będę się zastanawiać. Bo jednak barok jest zdecydowanie bardziej wypasiony. Szczególnie, gdy zadzierasz głowę i widzisz kilkaset metrów nad sobą dantejskie sceny albo gigantyczny rząd piszczałek, inaczej organy. Że też w środku nie można było robić zdjęć, eh! Chociaż i tak by pewnie nie wyszły. Po zrzuceniu na komputer wszystkich zdjęć natrzaskanych na zewnątrz okazało się, że udała się jedna trzecia, druga jedna trzecia dała się odratować obróbką graficzną, a reszcie nic nie pomogło. Podobnie było z fotkami robionymi potem. W Chełmsku Śląskim – maleńkim zadupiewku nieco za Krzeszowem – zwiedziliśmy Domki Tkaczy zwane też pieszczotliwie apostołami. Był kiedyś jeden osobny o ksywce Judasz, ale się spalił ponoć. Zabawne 😀 W jednym zrobili muzeum, w drugim kafejkę, reszta nadal jest zamieszkała – niekiedy i przez niezły element, z tego, co mówił „kustosz”. Poza tym niedaleko można znaleźć całkiem przyzwoite graffiti…

Park Miniatur to już zupełnie inna bajka. Nie dość, że zabawnie było zobaczyć repliki obu widzianych wcześniej zabytków (hahaha, myk :D), to jeszcze… no kurczę. Gdy wszystko wokół jest takie tycie (malutke jak Honduras, odwołując się do pewnych stareńkich życzeń urodzinowych, jakie dostałam), człowiek czuje się przez chwilę jak absolutny pan świata i Big Brother w jednej osobie, który sobie może spojrzeć na wszystko z góry i zajrzeć w każdy zakamarek. Dosłownie. Chociaż połowy przedstawionych tam „włości” w realnej wersji na oczy nie widziałam.

 

Głowa mnie rozbolała na wieczór. Robię węża – to jest leżę i trawię. Nie wyrobiliśmy z obiadem, tak więc zamówiliśmy dwie pizze i sałatkę. Pizze zeżarliśmy, sałatka czeka, aż mi pizza zejdzie z żołądka.

Sssssssssss. Co jest dłuższe: wąż czy żmija? Żmija. Bo ma pięć liter.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *