Włączyłam z opóźnieniem. Mniejszym niż 10 minut, ale jednak. I oczom mym ukazała się Kinga Preis ucharakteryzowana paskudnie. Wymalowana na biało, z kontaktami w oczach, no po prostu okropności. Zaśmierdziało mocno przerostem formy nad treścią. Tym bardziej, że po primo – szkła kontaktowe przypominają mi „Kombinat”, który wspominam jednak średnio, po secundo – więcej takich „wymalowańców” biegało po scenie, a po tertio – kanwą koncertu miały piosenki oparte o teksty literackie, czyli trochę innowacja. Kto wymalowan na wcześniej wspomnianą modłę nie został, tego wystroili w dziwne ciuszki i maski. Osobiście uważam, że bez sensu, bo wychodzę z założenia, że na PPA chodzi o piosenkę, a nie wizualne hece. Chociaż jak tak wziąć pod uwagę, że utwory „Gry szklanych paciorków” bez tych różnych dziwactw w kostiumach, scenografii, choreografii i ogólnie konwencji nie byłyby w stanie się wybronić, bo w większości były słabiutkie, to mamy wytłumaczenie, po co to wszystko. Bo zastanówmy się i zadajmy po dziecinnemu naiwne pytania. Po co rozbierać na scenie Bartka Porczyka, skoro całkiem dobrze śpiewa i nie musi nadrabiać w taki sposób? Bo sama śpiewana przez niego piosenka oparta o „Pachnidło” Suskinda jest średnia na jeża. To żeby widz zapamiętał, trzeba wrzucić coś „awangardowego”, a że Porczyk jest młody i piękny, to z wyborem owego „dodatku” nie było zapewne problemu. Po co piosenkę Agnieszki Matysiak naszpikowano niewyszukanym słownictwem? Bo bez tego kompozycja była płaska jak naleśnik. Że dalej została taka mimo „wulgarów”, to już inna rzecz. Było trochę żenująco, trochę straszno. Czemu straszno? Bo jak tu się cieszyć, gdy widzi się wspaniałych śpiewających aktorów, tych, których się uważa za kwintesencję tego, co w piosence aktorskiej najlepsze, wbitych w jakieś głupie koncepcje, z wykorzystaniem ich często szerokich możliwości na mniej jak pół gwizdka? Mariusz Kiljan coś pojękiwał, jakby go bielizna cisnęła. Większość masakrycznie bezbarwna, jak szkło (m.in. błąkający się bez celu po scenie Krzysztof Dracz). Za to Cezary Studniak się wybronił i pokazał jakiś solidniejszy nieco poziom. Ogółem myślę, że to błogosławieństwo, że TVP nie pokazała całości, a jedynie fragmenty. Bo żal by było oglądać podobnie „urobionych” Jacka Bończyka, Janusza Radka, Konrada Imielę czy Mariusza Lubomskiego. Aha. I wpieniłam się, jak zobaczyłam i usłyszałam, co zrobili z monologiem Bladaczki z „Ferdydurke”. Gombro w tym momencie zapewne przewrócił się w grobie i efektownie przypieprzył głową w wieko od trumny.
O Marii Peszek przez litość nie wspomnę. Do dzisiaj zrozumieć nie mogę, jak takie coś z tak przeciętnym głosem oraz jeszcze bardziej przeciętnymi zdolnościami mogło zostać wpisane w ramy piosenki aktorskiej. No, ale biorąc pod uwagę, że w zeszłym roku główną nagrodę za „aktorską interpretację piosenki” dostał panicz Mikołaj Woubishet za coś, co nie było ani aktorską ani interpretacją ani piosenki, jeno tzw. „darciem mordy”, to przecież oczywiste się staje, że w piosence aktorskiej mamy od dłuższego czasu spsienie. A jeszcze pani od kostiumów zrobiła z Peszkównej totalne straszydło, także tym samym skopała leżącego.
Obawa poszła w kąt tylko na moment, gdy przestrzenią sceny zawładnął brylancik, który nawet w szczękocie tanich, szklanych paciorków brzmi pięknie i z klasą. Jacek Borusiński naturalnie. Z irytującej, kicającej „podśpiewajki” zmieniał się w bajkowego barda, z gwiazdy w zagubioną sierotkę mylącą tekst. Taki paciorek, z prawdziwego koralu utoczony, warto by było wyjąć z tego odpustowego sznura, nawlec na jedwabną niteczkę i nosić solo jak książkowa Karolcia swój magiczny koralik. I nie mam wątpliwości – to był jedyny moment, dla którego było warto przemęczyć tą wielką „artystyczną”, „awangardową” ściemę.
A potem się „biedne” szefowstwo Przeglądu Piosenki Aktorskiej dziwi, że TVP albo nie chce im puszczać koncertów wcale albo puszcza w porze dla nietoperzy. Akurat w tym wypadku cieszę się, że tylko różni masochiści uzależnieni od piosenki aktorskiej zostali „Grą szklanych paciorków”, a właściwie jej fragmentami, skatowani. Powiem krótko – takim galom mówię głośne, wyraźne i zdecydowane nie. Pan Kościelniak stworzył masakrycznego „kfffiatka”, kolejnego do „bukietu”, po zeszłorocznym koncercie piosenek Leonarda Cohena skleconym przez nie wiem, kogo – piosenki były tak zmasakrowane, że moja matka nie poznała swojej ulubionej piosenki z jego repertuaru. Nowa władza na przeglądowych włościach ze wszystkich sił pragnie „przewietrzyć zastany PPA”. Z tym, że wietrzenie owo tylko przez pierwsze dwa lata było faktycznym wietrzeniem. Wtedy to powstały „Wiatry z Mózgu”, „Hotel pod Różami” czy „Bo we mnie jest seks”. A potem zrobiło się z tego pokazywanie, „jacy to my jesteśmy cool, trendy, nowocześni i awangardowi”. Duch festiwalu gdzieś zaginął w tej ślepej gonitwie za nowym. Czy wróci? Nie wiem. Póki co fanom piosenki aktorskiej zostaje szukanie dawnego, dobrego klimatu gdzie indziej. Na jakichś przeglądach studenckich, nawet gdzieniegdzie w kabarecie. Przynajmniej dopóki ktoś się nie porwie na tą całą „nowość”, nie zarządzi kolejnego wietrzenia – tym razem z niby-undergroundowego zaduchu, nie wprowadzi na scenę ludzi świeżych, nieznanych, a zdolnych albo zdolnych, a na tym przeglądzie już całkiem zapomnianych i nie zrobi czegoś dla ludzi, a nie dla cholera wie kogo. Quo vadis, PPA?
Niezła recenzja!Tak się składa,że widziałem tegoroczną galę(w całości) i kilka innych wydarzeń tego przeglądu i nie zgadzam się z tobą W OGÓLE.Pozdrawiam!
No, no, ostro napisane. Niestety z przyczyn rodzinnych nie widziałam, a nawet nie miałam możliwości sprawdzić kiedy będzie relacja – jakbyś wiedziała o powtórce daj znać, bo chciałabym porównać z tym co napisałaś.
Paradoksalnie zachęcona Twoją recenzją obejrzałam powtórkę relacji telewizyjnej. I zastanawiam się, czy na pewno o tym samym koncercie będę mówić, gdyż ja jestem nim zachwycona.Koncert miał logiczny ciąg, czego nawet pocięcie do telewizji nie zniszczyło. Piosenki faktycznie były jak szklane paciorki – pozornie jednakowe melodyjki identycznych postatci w białych strojach – jeżeli się patrzy na sznurek, ale biorąc bo ręki pojedyncze koraliki zachwycasz sie wyjątkowością każdego z nich przeinfantylizowałam?) – bo każda piosenka jest inna – inny aktor, inny wykonawca, inne światła. O, właśnie, światła! Świetnie wykorzystane i przemyślane oświetlenie, widać, że ktoś nad nimi pomyślał nie tylko po to, żeby „w-miarę-było-widać”, ale po to, żeby dograć interpretację.A i interpretacjom zarzucić nic nie mogę. Co do Porczyka się z Tobą nie zgodzę – może i było piećdziesiąt innych możliwości zaśpiewania tej piosenki, ale iluś ludzi zdecydowało się na taką i wcale nie nagość była clue tego kawałka. A już na pewno nie jego nagość, tylko tych kobiecych ciał, które na scenie przecież nie były rzeczywiście nagie. Bo nie zgodzę się, ze „że na PPA chodzi o piosenkę, a nie wizualne hece”. O piosenkę chodzi w Opolu, a PPA to piosenka + jej aktorska intepretacja. Widziałaś „Obławę” w wykonaniu Imieli? Widziałaś. Słuchający namiętnie Kaczmarskiego mówią o profanacji,a ja bym tak tego absolutnie nie nazwała.Pozwoliłabym sobie jeszcze z ciekawości zapytać, ile z książek – lub chociaż ich streszczenie/omówienia – na podstawie których pisane były te piosenki czytałaś? Ja doliczyłam się 5. Tak się składa, że akurat piosenki na ich podstawie najpierw do mnie trafiły – reszta stopniowo, powoli, po zastanowieniu się o co chodzi.Łomatko, ale mi komentarz kobylasty wyszedł. To już nie truję 😉