PAKOwanie

W sumie spodziewałam się dużej nijakości po dzisiejszym wieczorze. I troszkę się rozczarowałam na plus, bo zamiast tego dostałam miks – wprawdzie nijakości, ale z przebłyskami nader smacznymi. Myślę, że nawet tylko dla nich warto było usiąść przed TV i przeczekać nudniejsze kawałki. A zresztą kto wie, może kiedyś, kiedyś tam z tych przebłysków coś wyrośnie… I będzie można poszpanować, że się widziało tego początki.

 

 

CZĘŚĆ I – KONCERT LAUREATÓW

Na konferansjerce Dwóch Adamów – osobiście mimo skojarzeń z pewnym babadziwem zwanym „Hole in the Wall”, które miałam „przyjemność” zobaczyć raz i mi wystarcza na wieki wieków, jak dla mnie kombinacja strawniejsza niż cała Formacja Chatelet patatajująca po scenie. Bo z czego jak z czego, ale z obowiązków prowadzących potrafią wywiązać się co najmniej przyzwoicie.

Na początek na scenę wypuszczono laureatów. I tak… III miejsce przypadło Babeczkom z Rodzynkiem (tudzież, jak zwykłam mawiać, Babeczki z Zakalcem). Jak można domniemywać, niesłusznie, moim zdaniem, bo jak na dzień dzisiejszy uważam tą gromadkę za kwintesencję kabaretowego dna. Chociaż skecz o lepieniu bałwana, jaki pokazano, był całkiem znośny. Może dlatego, że elementy płci żeńskiej w tym numerze robią za rekwizyty i – co ważne – milczą. II miejsce dostało się Czesuafom. Wątpliwości co do słuszności tego „prezentu” nie mam, bo i chłopcy mili i skecze śmieszne. Mniej lub bardziej, ale zawsze. Nawet, jeśli skecz o PKP jest z tych „mniej”. Pierwsze miejsce na „pudle” zajęły aż dwa kabarety – Nowaki i Dasza Von Yock. Tym pierwszym wróżę sporą karierkę, bo to, czego nie dość w tekstach, nadrabiają aktorstwem. Szczególnie pan instruktor kursu agresji… 🙂 Dasza zaskakuje na dzień dobry sporym rozrzutem wiekowym wśród członków. Nie jest codziennością widzieć na scenie zawładniętej przez maksymalnie trzydziestoletnich kabareciarzy artystów nieco starszych – za wyjątkiem tych, którzy za młodu zaczęli i lata już grają. Poza tym… to nie jest z pewnością kabaret dla ludzi niechętnych myśleniu i łasych na najprostsze „grepsy”. Coś innego i całkiem świeżego. Życzyłabym i życzę w sumie im powodzenia, bo całkiem miło się dawali oglądać. I na koniec, niespodzianka, po raz pierwszy od lat przyznano Grand Prix. Dość kontrowersyjne, gdyż przypadło ono kabaretowi Macież, uznanemu przez niektórych za totalną pomyłkę. Ja do tych „niektórych” się nie zaliczę, a przynajmniej nie po tym skeczu i po tej piosence. Może nie pękłam ze śmiechu, może temat skeczu już był (Halama i Elita obrobili kwestię TV shopów wieki temu), ale całość wypada przyzwoicie, no i w sumie wreszcie po raz pierwszy od czasów Marylki Sobańskiej mamy kabareciarkę z mocnym, „estradowym” głosem. Może ta nagroda da im szansę na rozkręcenie się, dojście do czegoś nieco wyżej. Taki duży znak zapytania. Ale pożyjemy, zobaczymy. Tak czy siak za błogosławieństwo należy uznać fakt, że ta nagroda nie przypadła wspomnianym już Babeczkom, co w dobie niewytłumaczalnego żadną hipotezą lansowania tej kiepściutkiej grupy było dosyć prawdopodobne. Chociaż myślę, że III miejsce to też za dużo jak na coś tak nieprzyzwoicie słabego, wręcz „licealnego”. Mogło się dostać jakiejś lepszej ekipie, która na „pudło” nie weszła. Np. Weźrzesz – repertuarowo nierówny, ale mocny aktorsko.

 

W kwestii gwiazd było lepiej. Z racji jubileuszu Grupy Rafała Kmity było parę osób niegdyś lub obecnie z nią związanych. Sonia Bohosiewicz zaśpiewała, jak to ona. Kto słyszał, ten się domyśli. Kto nie – niech żałuje. Zawitała też Anita Lipnicka. Oczywiście z Johnem Porterem, co zwiastowało kawałek porządnej piosenki. Śpiewu tknęła się także Katarzyna Pakosińska, dając kolejny dowód na to, że może będą z niej jeszcze ludzie (i artyści) i kolejny pretekst do zastanowienia się, czy czasem nie powinna zmienić fachu.

 

Z innych rzeczy było coś, za co „wytrawni” miłośnicy kabaretu PaKę i zakrzykują od zeszłego roku – głosowanie SMS-owe na Laureata Publiczności, czyli nagrodę TVP2. Dla nich „to śmierdzi komerchą”, a mnie to stwierdzenie śmieszy niemiłosiernie (sms-y i światełka to komercha, a ostatnie poczynania KMN-u już nie – brak konsekwencji kwitnie). Nagroda, ku mojej radości, przypadła Nowakom. Całe sześć tysięcy „pelenów”, które to piechotą nie chodzi. Mam nadzieję, że się przyda.

 

Łowcy na finał i przechodzimy do części drugiej, czyli…

 

 

CZĘŚĆ II – KONCERT GALOWY

Z racji jubileuszowej, 25. PaKi (chociaż nie wiem, skąd ta „jubileuszowość” liczby 25 – praktykowana zresztą nie tylko tutaj), duuużo historii. W „okonferansjerzeniu” różnych związanych z festiwalem postaci: Stanisława Tyma, Jacka Fedorowicza, niezawodnego Rafała Bryndala, Katarzyny Pakosińskiej, Piotra Bałtroczyka, Sonii Bohosiewicz, Anity Lipnickiej i z dużym udziałem „historycznych” grup – w pewnej mierze takich, których sukcesy też są już historią. Z wyjątkami, oczywiście. Na przykład Ani Mru Mru i była okazja do zobaczenia niemal już nie granego skeczu o brzuchomówcy – niewątpliwie jednego z ich najlepszych numerów ze starszej półki. Z niespodzianką, oczywiście, bo Romek zaśpiewał piosenkę inną niźli w oryginale. Taką, która gdy ten numer powstawał, jeszcze nie istniała. Słowo-klucz: peugeot 😀 Wpadł i kabareciarz po przebranżowieniu, czyli Mariusz Lubomski i zrobił to, co mu wychodzi delikatnie mówiąc najzajebiściej. Czyli śpiewał. A Bryndal, jako drugi element grupy I z Poznania i z Torunia, tańczył – w końcu ma w tym już jakąś wprawę 😀 Parę scenek pokazał niepowtarzalny i niezawodny Ireneusz Krosny. Naturalnie wystąpił także pakowski weteran, czyli Koń Polski, rozkopując widownię wizją internetowej randki. Grupa Rafała Kmity zaprezentowała się ze swoim w mojej opinii najlepszym numerem, czyli naturalnie „Radiem”, w odświeżonej wersji i po raz pierwszy w TV w nowym składzie. Z przygasłych gwiazd zjawił się Kabaret Moralnego Niepokoju. Na szczęście z mało wyświechtanych – konkretniej o uświadamianiu dzieci – także jeśli można mówić w ich wypadku jeszcze o próbach ratowania honoru to się wyratowali. Podobnie Formacja Chatelet, wystawiając skecz o lekcji biologii prowadzonej przez nauczycielkę-feministkę, chociaż wychodzę z założenia, że mimo prawie roku od powstania wciąż sprawia wrażenie niedopracowanego, a kreacja pani nauczycielki odgrywana na „odwal-no-się”. No, wszystko jest lepsze niźli Buba czy „Wojsko” po raz n-ty.

 

Ogółem było lepiej, niż się spodziewałam, nawet jeśli Góral faktycznie w finale wyszedł na scenę w kalesonach. Chociaż zawsze mogę się przypieprzyć, że skoro zapraszali wszystkie kabarety obdarzone przez te lata Grand Prix, to mogli zaprosić także „imiennika” imprezy, czyli kabaret Paka. Jeleniogórski, co w tym wypadku podkreślam z dumą. Niech młodzi wiedzą, że kabaret w moim rodzinnym mieście to nie tylko hańbiący jego imię Paranienormalni i Jacek Ziobro vel jedna jaskółka, która wiosny nie czyni.

 

 

 

P.S. A publiczność… była bardzo ładna 🙂 Żadnych twarzy wywołujących mdłości. Kamerzyści się wycwanili i wreszcie się skapnęli, że w programie kabaretowym chodzi o pokazywanie sceny, a nie widowni? No ja myślę.

5 komentarzy do “PAKOwanie”

  1. Ja chciałam się odnieść do śpiewającej Pani z Macieżu. Prawda ma mocny głos, ale nieczysty czasami. takie wrażenie miałam. I zamiast „Trzeba bronić moralności”, żpiewała „trzea bronić moralności” także dykcja jej siadła trochę. A dykcja baaardzo ważna jest/ Przynajmniej dla mnie. A jeżeli chodzi o jej głos, to Soni nie dorówna, ale powinnaś kiedyś usłyszeć jak Agata z kabaretu Puk śpiewa. Nie tylko facetom szczęki opadają.

  2. A nie wspomniałaś o finałowej piosence na zakończenie… Była świetna po prostu, troche sentymentalna jak dla mnie. Taka która mówi do mnie: 'ale było fajnie, super ta PaKA tylko, że już koniec’. I ryczeć się zachciewa

    1. Faktycznie. Mocno musiało mnie przymulić oglądanie całości, że końcówka raczej mi umknęła. Bo piosenka faktycznie była całkiem, całkiem. Chociaż nie wiem czemu jak dla mnie bez szału.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *