Hej ho, hej ho. Posłuchajcież opowieści o czasach tyleż pięknych, co zamierzchłych i już niebytnych.
Był sobie kiedyś kabaret, taka gromadka poskładana ze studentów. Mili młodzieńcy i jeszcze milsze młode panny. Amatorzy, ale zdolni. Grali skecze, rymowali i śpiewali piosenki. Ale jakie skecze! Jakie piosenki! Niebylejakie. Poziom, jakiego nie powstydziłby się niejeden przegląd teatralny i niejeden dawniejszy Przegląd Piosenki Aktorskiej. Korowody barwnych postaci przemierzały kolejno scenę. Zakochane pary, pechowi spadochroniarze, romantycy, królowie i rycerze. Grała orkiestra – gitara, bas, akordeon. Było i śmieszno i smutno. Konferansjer zapowiadał, że „teraz specjalnie dla państwa na mroźnych ulicach Kopenhagi zamarznie mała dziewczynka”. I prosił, żeby się nie śmiać. A ludzie słuchali dziewczynki i się nie śmiali. Nie śmiali się też, gdy zachrypnięty chłopak wyśpiewywał historię dokonanego przez siebie zabójstwa – takiej pięknej tragedii. Ani gdy wszyscy obwieścili, że kominiarz wzdycha, bo strasznie mu szkoda księżyca.
Proszę państwa, wystąpił przed państwem Kabaret Moralnego Niepokoju, którego zasadniczo już nie ma. I chyba nie będzie, bo i pewnej degeneracji cofnąć nie sposób i ludzi pokuszonych do zdobywania łatwą, a niezacną drogą popularności trudno jest nakłonić do powrotu do ciężkiej pracy, która jednak da piękne owoce. A szkoda. Bo mało poezji mamy w kabarecie, a raz jej spróbowawszy, chciałoby się więcej i więcej. Pozostaje czekać, aż pojawi się jakiś godny następca. Czego sobie i wam życzę.
Koniec i bomba, kto nie doczytał, ten trąba.
Myślę, że nie wyczuli, kiedy zejść ze sceny. Teraz już jest za późno. Była o tym mowa w poprzednim KKK.
Również oglądałam w niedzielę KMN oraz myślałam sobie: „Może ich humor był kiedyś czasem trudny do zrozumienia, ale taki właśnie mi się podobał…”