Dewaluacja

Na samym początku z racji różnych takich chciałabym zaznaczyć, że notka nie ma jakiegokolwiek związku z pewnymi zdarzeniami, jakie (bardzo) ostatnio zatrzęsły częścią światka kabaretowych fanów. Potrzeba napisania przycisnęła mnie już w środę wieczorem, ale z racji późnej pory odpuściłam. I tak jakoś odkładałam do teraz.

 

 

 

Zasadniczo każdy ma jakiegoś mistrza przez raczej większe M. Ludzie banalni w większości wymieniają Jana Pawła II czy Antoine’a de Saint-Exupery’ego, mniej banalni – pana Sławka, który umie podnieść dwa wory węgla czy panią Basię, która potrafi obliczać w pamięci słupki liczb dziesięciocyfrowych. Tak czy siak – mają takich. Młodzi w wieku nastu lat szukają sobie idoli. I znajdują – w sportowcach, aktorach, muzykach, czasem ludziach, z którymi mają styczność. Takich, którzy jednym mogą się podobać, a innym nie, ale znajdują i najlepsze ich cechy często wywierają znaczący wpływ na młode umysły. Potem mijają lata, młodzi dorastają często wciąż pamiętając o wielu idolach z „nastolactwa” i czasem z nich wyłuskują się prywatni mistrzowie. I co dalej?

 

Czasami bywa tak, że mistrzowie odchodzą. Są dwie drogi – albo umierają, albo się dewaluują. Nie wiem, jeno, co gorsze. Bo jeśli zemrze, to go nie będzie. Ale odejdzie będąc maestrem, nie zrobiwszy niczego, co zaprzeczałoby jego przekonaniom. A dewaluacja, upadek z piedestału mistrzowskiego, to zniknięcie mistrza w okolicznościach paskudnych, po krótce mówiąc zeszmacenie się. Po tym, który umarł, zostają dobre wspomnienia i wartości. Po tym, który upadł – niesmak i jednak poczucie lekkiego oszukania.

 

„Nie ma ideałów, nie wszystko możesz mieć” – śpiewali panowie z Myslovitz. No tak, niby wiadomo. Ale jednak się wierzy po cichu w istnienie ludzi może nie tyle kryształowych, co nie obdarzonych rażącymi wadami. Które wady są rażące, to już indywidualna kwestia. Ale dla każdego znalezienie takiej u człowieka nazywanego mistrzem nie należy do rzeczy miłych. To jakiś rodzaj rozczarowania i to tego z tych poważniejszych. Skaza na ikonie, smuga cienia na beztroskiej krainie. Ogólnie zło. Ostatnio mam wrażenie, że prawie każdy mistrz prędzej czy później okaże się zeszmaconym. Bo z iluśtam osób, które mogłam nazywać prywatnymi mistrzami, obecnie mogę tak nazwać bez wątpliwości już tylko parę. Kilku kolokwialnie mówiąc zeszło, a z tych, co zostali, część zaczęła robić rzeczy sprzeczne z tym, co kiedyś sobą reprezentowali lub z ich obrazem, jaki postrzegałam. Może trochę w tym mojej winy, że lubię swoich mistrzów (oraz tych, którzy za parę lat mogliby się nimi stać) idealizować. Ale chyba od tego są, czyż nie?

 

No i co? No i pstro. Jeden z tych, co już mimo niezbyt zaawansowanego wieku zwani byli moimi mistrzami przez większe M, jak się okazało nie szanuje własnej gęby i rozmienia się na drobne bez kontekstu, podtekstu, ram i sensu. Tym większa szkoda, że zdolny skubaniec w wielu dziedzinach, żeby nie powiedzieć wszechstronnie. Inny, tym razem, jakby się wydawało obiecujący kandydat na kolejnego mistrza godnego naśladowania, młodszy od wcześniej wspomnianego, ale nie mniej zdolny, udzielający się w wielu dziedzinach sztuki, postanowił dokonać w swoim życiu ważnej zmiany. Liczyłam, że ta zmiana przyniesie wiele dobrego. Niestety, tak nie było. Okazało się, że on, jeden z tych, których nazywa się popularnie „zdolnymi bestiami”, wskoczył na tonący statek, mówiąc metaforycznie. Zamiast szukać możliwości rozwinięcia się w którejś z dziedzin, w którą się bawił, osiadł na laurach, gdyż skusiła go łatwa, chociaż zdobywana prostackimi metodami popularność oraz liczne wiecznie słodzące, chociaż często zdradzające objawy ewidentnego opóźnienia umysłowego wielbicielki. Szkoda wielka, ale cóż mogę zaradzić? Dorosłemu chłopu mówić, co ma robić? No nie. No i chyba najboleśniejsza sprawka, odkryta przypadkowo. Skromny i nijak nie dowierzający w swój ogromny talent mężczyzna okazał się – po cichu, gdy jak zdawałoby się nikt nie widzi – zmieniać się z doktora Jekylla w pana Hyde’a, takie małe coś, plujące gorzkim jadem, kwasem i siarką. Wiem, że ma prawo – bo każdy normalny człowiek żeni w sobie Jekylla i Hyde’a. Ale w tym przypadku to jakoś dało mi po oczach. Może tą niejawnością osobowości „złej”. Who knows.

 

Kurczę. Zabrzmiało to tak, jakby wszyscy ludzie nazywani mistrzami powinni umrzeć, bo tylko to uchroni ich od upadku. No nie, no. Niech nam żyją sto lat, a resztę na wolności, jak to mawiają. Tylko taka gorzka refleksja mnie wzięła. Bo biorąc pod uwagę, że jeśli już niestety, stało się, kilku odeszło przedwcześnie, zachwiewając tym samym moją szeroko rozumianą równowagę, to wspaniale by było, żeby ci, co żyją, stali twardo na swoim mistrzowskim „pudle” i trzymali się tego, przy czym byli dotychczas, żebym tej równowagi już całkiem nie straciła. A że się nie trzymają, to i ja ostatnimi czasy rozchwianam jak zwariowana huśtawka. Wniosek z tego przykry, że chyba lepiej tych mistrzów nie mieć i żyć zupełnie nie mając nawet cienia jakiegoś autorytetu, który by się co nieco poważało. Bo jeśli się ich będzie mieć, to i tak się wszyscy zeszmacą i w efekcie okaże się, że tak jakby ich nie było z tym, że niesmak będzie gratis.

 

Chociaż nie. Wait, jak to mawiają Anglicy. Jest światełko w tunelu. Po oddzieleniu tych, których już nie ma oraz tych, którzy upadli, zostaje kilku tych, którzy mistrzami nadal są. Mało ich, bo mało, ale u licha – oni są. Są cały czas i radośnie trwają w niezmienności swoich poglądów i innych rzeczy. I to chyba jedyne, co póki co powtrzymuje mnie przed totalnym oddaniem się anarchii. A swoją drogą, parafrazując Kubę Wojewódzkiego, czy czasem ci, którzy się zeszmacili, nie byli prawdziwymi mistrzami, a jedynie jakimiś uzurpatorami? No właśnie. Tym optymistycznym akcentem puentuję cały ten przerażający tekścik.

 

P.S. Konia (albo i kunia) z rzędem temu, kto rozpozna, kogo miałam na myśli w akapicie o (pod)upadłych mistrzach i prawie-mistrzach oraz tych, którzy spowodowali u mnie wątpliwości. Bo ja milczę w tej kwestii.

 

 

 

P.S. 2 Tak z innej beczki – dzisiejsze wydanie „Kanapowego Klubu Kabaretowego”, mimo postanowienia śledzenia postępów zarówno samego programu, jak i prowadzącego Jabbarem zwanego, z ostentacją i satysfakcją blogowo przemilczę. Wiadomo – danie złożone z Formacji Chatelet i Paranienormalnych w formie pseudo-pojedynku nie może być strawne.

5 komentarzy do “Dewaluacja”

  1. jest też 3 opcja – można z mistrzów wyrosnąć.. coś co nam imponowało kilka lat temu po pewnym czasie może już na nas takiego wrażenia nie robić. co do śmierci… czy śmierć zwalnia z „mistrzostwa”? fakt, będąc umarłym mistrz nie może sięgnąć dna swoimi czynami, ale to nie koniecznie oznacza, że mistrzem być przestaje, że jego czyny się dezaktualizują. a, sprawdziłam, nic takiego nie napisałaś, ale skoro napisałam, to już niech będzie. ;)a możesz mi powiedzieć co tak zatrzęsło światem kabaretu ostatnimi czasy? bo już nijak się z tą społecznością identyfikować nie mogę, a mimo wszystko ciekawam 🙂

    1. To raczej nie wyrastanie, myślę, bo i starym koniom tak zwanym zdarza się zmienić zdanie o tym i o owym, raczej nie z dnia na dzień. A z tym umieraniem… Może przesadziłam. Ale nie dalej jak dwa miesiące temu jeden z moich zszedł z tego padołu, także brak mi dystansu.A co zatrzęsło? Poszła plotka, jakoby Mateo Banaszkiewicz miał opuścić szeregi Kabaretu Młodych Panów. Biorąc pod uwagę, jakoby ostatni występ z nim miał się odbyć 1 kwietnia, sporo osób (w tym i ja) póki co odbiera to jako mało smaczny żart. Ale niepokój zostaje, trzeba przyznać.

      1. wyrasta się nie tylko w młodym wieku, czasami do niektórych poglądów trzeba dorosnąć, czasami jak mamy 15, a czasami 45 lat, nie ma reguły. a plotka ciekawa, co nie jest szczególnie akuratnym określeniem, ale ciekawa jestem jak się rozwinie. dzięki za oświecenie 🙂

  2. Te upadłe ideały to Michaś P.?I uważasz, że Mateuszowi tak by zaszkodziło to odejście z KMP? Czy raczej Młodym panom jego odejście?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *