Hi Way to another heaven

„No chyba, że ktoś miły wcześniej podrzuci mi wesoły temat do pisania, o ile takie są”.

To nieprawdopodobne, ale są. I ktoś podrzucił. Ktoś, po kim bym się tego za cholerę nie spodziewała, bo niczego dobrego po TVP już się spodziewać nie mogę. A tu siurpryza. „Hi Way” dali, a ja akurat o tej porze w domu byłam. Cuda, panie, cuda. Dosłownie, bo mimo ponad 3 lat od premiery filmu i pierwszego z nim spotkania nadal jestem pod jego wielkim, by nie powiedzieć piorunującym wrażeniem.

 

Niby w oficjalnym nurcie kinematograficznym. Bo w większości kin „Hi Way” można było zobaczyć i w każdym Empiku DVD wciąż można nabyć. Ale w warstwie realizacyjno scenariuszowej – jak najbardziej off. Zero oczywistości, nic nie zostaje podane na talerzu, a wszystkich, którzy siadają w kinowym fotelu tudzież w swoim własnym przed TV z oczekiwaniem komedii w „reklamowym” stylu, główny bohater informuje z ekranu, że „nie rozumie ludzi, którzy śmieją się na komediach”. No i nie mamy tutaj ani snobującej się na sztukę historii o patologicznej pijackiej rodzinie czy niedowarzonym małżeństwie w środku kryzysu w konwencji „wszystko jest do niczego” ani totalnie spłaszczonej bajki dziejącej się niewiadomo gdzie i niewiadomo z kim, bo przecież nie tutaj i nie teraz. Mamy lekki film do myślenia. Nieprawdopodobne? Nieprawda, to tylko w naszej kinematografii ktoś sobie wymyślił i wszyscy się tego trzymają, że film prowokujący do myślenia musi być ciężki jak gdańska szafa. Znaczy… prawie wszyscy. Jak widać, Borusiński schematy ma gdzieś. A że je dobrze zna, to i z wielką wprawą je łamie. W efekcie „Hi Way” nijak nie trzyma się wyimaginowanych zasad polskiego kina ani żadnych innych. Nie ma liniowej fabuły, przewidywalnego zakończenia, drewnianych bohaterów, a i szufladkom gatunkowym wymyka się jak wesoła łasiczka. Jest wesoła scenka jedna z drugą i trzecią i czwartą obok ukrytych „grepsów” raczej mało wesołych i obok grania na nosie wymakijażowanemu chamstwu – tutaj uosobionemu w postaci Andrzeja, do którego bohaterowie jadą na fuchę. Mix and match teoretycznie nie pasujących do siebie kawałków. Czysto teoretycznie, bo w praktyce tworzą może nierówną realizacyjnie, ale ogólnie przeciekawą całość. Ewidentną perełką jest etiudka o jedzerze, starającym się pomóc dziewczynce imieniem Ola, która „niestety źle rozumie pojęcie jedzenia, nie ma apetytu, a ziemniak jest jej obojętny”. Postać tak abstrakcyjna, że aż… do przyjęcia jak autentyk, kurczę. A że od samego oglądania wbrew prawdopodobnym intencjom twórców przychodzi ochota na obiad, to już całkiem inna rzecz 🙂 A „podrobów się nie je. Są po prostu niejadalne”. Z drugiej strony niemniej jak historia tegóż „nauczyciela konsumpcji” (którego porady btw. są całkiem do rzeczy mimo abstrakcyjności samego bohatera) zafrapowała mnie etiudka zatytułowana „Kokon/Zmiany, zmiany”, czyli drugi najlepszy pomysł Jaca. Jej główny bohater nie zmieniając się nijak wizualnie (konkretniej pozostając wciąż dorosłym mężczyzną) jest kolejno nauczycielem z psem, małym chłopcem grającym w piłkę z innymi chłopakami (Borusiński dostaje „blachę” w głowę od jednego z nich za zepsutą zagrywkę – bezcenny widok), jeszcze mniejszym chłopcem, którego mama próbuje uśpić bajką o brukwi, żeby w końcu obudzić się znów dorosłym u boku kobiety i… cicho. Obejrzyjcie sobie sami. Uwielbiam taką umowność i masakrycznie żałuję, że często gdy można byłoby z takiego stylu skorzystać, inni wolą iść na łatwiznę.

Muzyka… Muzyka! Po obejrzeniu filmu soundtrack od razu poszedł w ruch. Muzyka jest niemniej nieprawdopodobna niż sam film. Jest inna i przez to jest wspaniała. Mimo szczerej sympatii do konkretnych kawałków („Giselle reviens!”, „Ragazza demonica”, „Reggae fur Marcus”) cenię sobie całość. Łatwiej ją docenić odsłuchując płytę, gdzie utwory pojawiają się w całości, gdyż w samym filmie większość objawia się wyrywkowo. No i wiadomo – w tle. Taka rola muzyki filmowej. Naturalnie odgrywa dużą rolę w budowaniu zakręconego klimatu, ale nie pełni rolę wyłącznie zapchajdziury dźwiękowej. Jest po prostu smakowita. I w warstwie instrumentalnej (niepoprawna ślizgawka po skrajnie różnych stylach) i w warstwie wokalnej, bowiem Basiński zdradza nieprawdopodobne zdolności wokalne.

I cóż mogę powiedzieć? Każdego, kto jest potrafi przy oglądaniu myśleć, zapraszam do wejścia w niesamowity świat siedzący w ludzkich głowach. Bo wielu ludzi ma swój własny „Hi Way”. Każdy inny, ale zarazem każdy do siebie podobny. Myślę, że ten jeden wart jest obejrzenia. Jak to mówią: „Ale lot”. Nie dla każdego, ale jeśli jest on dla ciebie, to zaręczam, że nie pożałujesz.

 

To stwierdziwszy, rzuciła okiem na półkę, gdzie pysznił się pięknie egzemplarz książki „Motor kupił Duszan”…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *