Małe dzieci w wieku około 2-3 lat przechodzą okres, kiedy wobec wszystkich pytań i propozycji mają jedną odpowiedź – „nie”. Z czasem im przechodzi. Niestety. Im większe są, tym bardziej społeczeństwo wymaga od nich wiecznego zgadzania się na wszystko, niezależnie od swojej opinii. Bo tak trzeba, bo tak wypada, bo cośtam coś. Odmowa kojarzona jest z czymś złym i przykrym, czymś, czego należy unikać. W ten sposób z pozornie znakomitego materiału na indywidualistów wyrabiane jest kolejne złapane w karby stereotypu pokolenie ludzi przytakujących wszystkim i na wszystko się zgadzających, a przynajmniej robiących to stanowczo za często. Ma to sporo wspólnego z wymaganiem akceptacji przez innych, bo często taka jest przyczyna bycia na „tak” wobec każdej sytuacji. Żeby kółeczko adoracji, do którego czasem ludzie pragną należeć, ich nie odrzuciło. Pozornie robią to dla siebie – tak sobie to czasem tłumaczą – chociaż w rzeczywistości czynią przyjemność koleżankom. Ludzie zawsze się zgadzający być może próbują się kreować na ludzi ze wszechmiar dobrych – tylko, że takich nie ma i takie udawactwo jest bezcelowe. W procesie wychowawczym ludzie rzadko uczeni są zdrowego egoizmu. Wpajane jest im, że należy zawsze ponad swoje dobro przedkładać dobro innych – taka wyolbrzymiona i spatologizowana forma altruizmu. Oddaj całego siebie, odrzuć własne szczęście, a „zrób dobrze” innym, jakkolwiek beznadziejnie i idiotycznie to nie brzmi. Zdrowy egoizm dlatego jest zdrowy, że objawia się m.in. tym, że kiedy trzeba, umie się powiedzieć „nie”. Myślenie o sobie nie jest niczym złym, a mimo to ciężko znaleźć akceptację dla takiego poglądu. Może dlatego, że przytakiwać wszystkim matołom jest prościej, szczególnie tym na pozór silniejszym. Bo nie trzeba się z niczego tłumaczyć (niektórzy nie podążają za stwierdzeniem, że tylko winni muszą to robić). Pustą głową łatwiej się kiwa. Gorzej z kręceniem. A i miękka szyjka może od tego boleć. Trzeba być istotą używającą mózgu, a w dodatku silną i mało lękliwą, żeby umieć odmawiać, chociaż z drugiej strony nie wymaga to aż tak dużej siły i odwagi jak ewentualne późniejsze wygrzebywanie się z kłopotów spowodowanych przez jedno przytaknięcie za dużo.
Tak mnie coś podkusiło, żeby sobie przelać na Sieć kolejną rzecz, która mnie wkurza. My blog is my castle, jak to Angole mawiają. Ostatnimi czasy (pi razy drzwi od jakichś trzech miesięcy) cierpię na natężenie narzekactwa. Słuszne, bo słuszne (uzasadnione), ale nie ukrywam, że i ja czuję się tym zmęczona. A szukać szczęścia na siłę mi się zwyczajnie nie chcę. Ot, „paradoksy bytu tu”, cytując Janerkę. No cóż, jak ta „pierdolona zima” odejdzie na dobre, obiecuję poprawę. Przynajmniej teoretycznie. No chyba, że ktoś miły wcześniej podrzuci mi wesoły temat do pisania, o ile takie są.
„Bo najtrudniejsze zawsze jest powiedzieć >>nie<<, gdy mówią >>tak<<” (T.Love „Nie, nie, nie” – bardzo fajna piosenka, swoją drogą.)