We are camera – rzecz o pawianie

W ramach Dnia Kobiet zdecydowałam się sprawić sobie perwersyjny prezent w postaci biletu do teatru na „We are camera”. Tjaaa, jak najbardziej wcieliłam w życie plan podziwiania ostatnich podrygów zdychającej Klemmuny. Na całe szczęście zdychającej, po bo spektaklu stwierdziłam, że na coś takiego to ja się więcej dobrowolnie nie wybiorę. Całe życie mi się wydawało, że w teatrze chodzi o dwie rzeczy – rozerwanie widza albo podsunięcie mu w subtelnej formie jakichś rzeczy do przemyślenia. W niedzielę nie było ani pierwszej ani drugiej, chociaż założenie twórców (a może tfuuurców?) przewidywało obie. Gdyby nie ministreszczenie z Neta czy z uloteczki, w życiu nie domyśliłabym się, że zaserwowana mi sztuka opowiada o „zachodnioniemieckim naukowcu, który zabiera swoją żonę i dwójkę dzieci na sylwestrowy wypad do Finlandii. Dopiero na miejscu wyjawia im, że pracuje dla wschodniego wywiadu i właśnie zdecydował się wybrać wolność, zamieszkać po drugiej, komunistycznej stronie muru”. Naturalnie nie z powodu własnej niekumatości, a znacznie głębszej niekumatości artystycznej i pana dramaturga z Niemiec, który to sztuczydło napisał, jak i pana reżyserza (Polaka, ale u Szwabów kształconego), który z nieczytelnego i tak tekstu zrobił jeszcze bardziej nieczytelny spektakl. W efekcie już po jakichś… hmmm… 15 minutach stwierdziłam, że tu nie chodzi już o przekazanie czegokolwiek, bo przekaz, że tak to ujmę, zaginął w akcji, tylko o to, żeby aktorzy robili za pawiany. Np. potańcowywali w podskokach do „Satisfaction” Rolling Stonesów. Bogusław Siwko ścigał swoje „sceniczne” dzieci z pasem, ewentualnie robił striptiz w wersji niskobudżetowej, wygłaszając monolog, że dobrze mu jest być kotem, tylko futro ma kilka numerów za duże, Marcin Pempuś maltretował pluszowe pieski i pluł na resztę obsady, Anna Ludwicka niedwuznacznie ciamkała lizaka tudzież biegała z płaczem, bo zgodnie ze scenariuszem wepchnęła palec między ruchome schody (oczywiście żadnych schodów nie było na scenie, zrobili recepcję z kostek do siedzenia i okręcili na niej gumową taśmę), Iwona Lach kopała w nogi stołowe i w zrobione z kostek łóżko, zaś Robert Mania, ucharakteryzowany na starego spedalonego żółwia, czołgając się po ziemi jak żołnierz pod ostrzałem niósł tacę z wódką. Chyba miało być śmieszne. Niezbyt było. Dla chętnych mocnych wrażeń i innych tentakli też by się coś znalazło, bo się Mania do Siwki przyssał i mimo, że techniczny światło zgasił, to widać było, co się wyprawia i całość wyglądała jak w skeczu Ani Mru Mru zatytułowanym „Tatu”. Jakby komuś było mało, to wspomniany już pan(icz) Mania z panią Lach odegrali coś sugerującego scenę łóżkową, podczas gdy reszta obsady podrygiwała mi prawie przed samym nosem w rytm „Mrs. Robinson” (uroki siedzenia w pierwszym rzędzie). A w finale „sceniczna” rodzinka na niby ukręciła panu Siwce jego zacną łepetynę. Chyba miało być szokująco. Też nie wyszło. Bo czy spektakl, podczas którego widz przez jakieś 90% czasu zastanawia się, what the fuck i po kiego grzyba ta heca, można uznać za udany?…

Tylko jeśli brać pod uwagę, że po zmianie na stanowisku dyrektora artystycznego sztuka z hukiem zleci z afisza. Bo chyba oglądania z perspektywą, że powstanie więcej takich gniotów, nie zniosłabym. Ludwicka to przynajmniej lizaka dostała…

A swoją drogą – na Scenie Studyjnej doliczyłam się miejsc na osiemdziesięciu widzów. Zajętych było nie więcej niż dwadzieścia i trzeba było brać pod uwagę, że przynajmniej z cztery osoby to jacyś znajomi państwa artystów byli… Myślę, że komentarz jest zbędny.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *