Upadek i wzlot królowej Pakosi

Zaczęło się, jak to w bajkach – dawno temu i ładnie. Gdy przed sześcioma laty pierwsze kroki w swoim „Tygodniku” stawiał Kabaret Moralnego Niepokoju, uwaga wielu skoncentrowała się na jedynej spośród całej gromadki dziewczynie – czarnowłosej, zabójczo uśmiechniętej Kasi. W tym i moja. Podówczas byłam milutką i nieświadomą zła drzemiącego w ludzkości trzynastolatką chętną przyjąć kolejne postaci do grona swoich idoli. A że dodatkowo był to początek kabaretowej fascynacji, tak więc w krótkim czasie pani Pakosińska, podobnie jak jej koledzy, dołączyli do całkiem sporego „panteonu” ulubieńców. Słusznie zresztą, bo w tamtym czasie wcielając się w szereg przewijających się przez TMN postaci ze słynną już Panią Spikerką na czele rozkwitała aktorsko i określanie jej królową wśród kobiet-kabareciarek nie było pustosłowiem. I ten stan utrzymywał się radośnie przez trzy lata. Potem „Tygodnik” spadł z anteny, co nie oburzyło mnie bardzo, jako że potraktowałam to jako zapowiedź twórczego płodozmianu. Niestety, tak nie było. To, co miało być początkiem nowego i z założenia dobrego stało się początkiem degradacji. W nowych skeczach pokazywanych w różnych telewizyjnych programach (m.in. w nieszczęsnym „Miesięczniku Moralnego Niepokoju”) aktorstwo Kasi stopniowo, acz wyraźnie zaczęło „siadać”, by wreszcie osiągnąć dno. Pakosa przestała być aktorką, a została „śmiechajką”, której cały styl sceniczny sprowadzał się do suszenia zębów. A ja stwierdziłam, że takie coś mnie nijak nie kręci i tak kolejny idol z młodych latek wyfrunął z panteonu (sporo ich wtedy jakoś „wypadło” – parę lat po okresie zbierania ulubieńców zawsze przychodzi okres ich weryfikacji). Żal pozostał, owszem. Zdolna babka, a tu taka regresja.

 

W sumie panna Katarzyna była u mnie skreślona, spalona i w ogóle nie wierzyłam, że coś z niej jeszcze będzie. Jak się miało okazać, na szczęście się myliłam, jednak owo „wyjście na ludzi” miało miejsce w zupełnie innej branży. Otóż Pakosa zdecydowała się wrócić do zarzuconej przed laty pracy – a mianowicie dziennikarstwa – i zrealizowała cykl reportaży „Tańcząca z Gruzją” poświęcony temuż państwu oraz jego kulturze. Moje miłe zaskoczenie było niewyobrażalne. Nagle okazuje się, że, w kabarecie totalnie przyćmiona przez swój dodoidalny brecht, w innej dziedzinie wykazuje sporo zdolności i… w sumie sporo uroku, którego jakoś zabrakło jej w poczynaniach scenicznych. Znacznie przyjemniej ogląda się babeczkę rozprawiającą o gruzińskiej miejscowości uzdrowiskowej i źródełkach, wyrabiającą pod okiem gruzińskiego garncarza glinianą miskę czy chichoczącą (tak, tylko chichoczącą na szczęście, a nie rżącą jak klacz sceniczna), że hurra, udało jej się upichcić jakąś gruzińską potrawę czy też nie upaćkać się przy próbie jej skonsumowania. Naturalne to takie, pogodne i oczywiście z aspektem edukacyjnym. Piękne, nie? Aż dziw, że prawdziwe. A jednak, cuda się zdarzają i potrafią znacznie poprawić humor przy oglądaniu TV. Aż się zastanawiać zaczęłam, czy tak nie byłoby lepiej. Żeby zrobiła sobie kolejny – znacznie dłuższy – urlop od KMN i dalej dążyła do bycia mniejszą siostrą Beaty Pawlikowskiej niźli nadal pozostawała upadłą królową polskich kabareciarek. Żeby znowu była kojarzona jako kobieta piękna i zdolna, a nie jakaś chichraja. I żeby znowu mogła nosić owo zaszczytne miano królowej. Może w innej dziedzinie, ale tytuł to tytuł.

 

A może lepiej by było, żeby i cały skład Moralnych pokusił się o jakiś urlop, podczas którego wszyscy zajęliby się czymś innym. Bo skoro w wypadku Kasi to sporo zmieniłoby na lepsze, dlaczego by nie spróbować u innych? Chociaż… jak gdyby się tak dobrze zastanowić, to nieprawdą jest stwierdzenie, że wszyscy panowie także wymagają przerwy. W gruncie rzeczy potrzebuje jej chyba tylko Góral. I jako tekściarz i jako aktor kabaretowy. W ramówkę Dwójki wchodzi akuratnie projekt „Kanapowego Klubu Kabaretowego”, gdzie Robert pełnić ma funkcję prowadzącego pospołu z Marcinem Wójcikiem. Wieki temu w „Kabaretowych kawałkach” w podobnej roli sprawdził się dobrze. Do kin nadciąga film – wprawdzie w reżyserii Olafa Lubaszenki, ale cicho – „Złoty środek”, gdzie wciela się w postać drugoplanową. Kto wie, może w tej dziedzinie powinien się pobawić na trochę, by odpocząć od aktywnego „kabarecenia”. A co z resztą – z Mikołajem, Rafałem, Przemkiem? Może niech we trzech spróbują pociągnąć ten wózek. Będzie okazja, żeby ci dwaj ostatni – szczególnie Przemek – mogli nieco bardziej się wypróbować na pierwszym planie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *