Słoneczko zaczyna powoli z łaski swojej prześwitywać przez brudne chmurzyska, a śnieg topnieje, odsłaniając radośnie dotychczas ukrytą całą różnobarwną gamę psich kup. Wiosna, panie sierżancie (btw. na dniach TVP znowu powtarza ten film – łojezu). Wszyscy, którym dzieło Buki zbrzydło, mogą na dniach z satysfakcją utopić lub zjarać Marzannę i cieszyć się, że – przynajmniej teoretycznie – wielki nawrót śniegów i mrozów już nie nastąpi.
Kurwa, kurwa, hurra! Kurewsko fantastycznie.
Entuzjazmem to nie tchnie, ale ja się cieszę. Naprawdę. M jak miłość. Od pierwszego wejrzenia. Wreszcie zachciało mi się chcieć, jak to mówią. Niezbędne wyjścia z domu nie przyprawiają już o chęć ucieczki pod biurko czy w inne ciepłe miejsce. A i w kwestiach imprez kulturalnych wiosna też wpadła do Jeleniej. Nie, nie odwidziało mi się i nadal nie planuję wybrać się na występ Paranienormalnych w dniu 23 marca, pomimo, iż z powodu dużego zainteresowania występy będą dwa. Nie dość, że ja nie odczuwam chęci wydawania kasy na coś, co mnie obecnie nijak nie bawi, to jeszcze doszłam do wniosku, że dość na miejscu będzie oddanych fanek, takich małych i mdląco słodziutkich krejzolek, które przecież kochają ich tak bezgranicznie, więc nie potrzeba im ani mnie ani moich 45 złociszy. A kasa już znalazła lepsze spożytkowanie, albowiem w kwietniu odwiedzić nas ma Czesław, który Śpiewa i bilet na jego koncert kosztuje dokładnie czterdzieści pięć złotych. W tego pana jakoś nie boję się zainwestować, bo się zwróci w satysfakcji.
Z innych wydatków rozważam pójście do teatru. Po raz pierwszy od jakiegoś czasu. Jakieś góra półtorej miesiąca temu w Teatrze Jeleniogórskim zaczęła się znowu wielka wojna – tym razem „biedni i niedoceniani” artyści przygarnięci łaskawie przez arcycudownego Wojtka Klemma kontra „źli i głupi” radni, którzy ustawą nie dopuścili do udziału dotychczasowego pana dyrektora, że tak to nazwę, artystycznego w nowym konkursie na to stanowisko. Wtedy coś się we mnie przelało i strzeliło, zaskoczone pyszałkowatością jakże dotychczas lubianego zespołu… a właściwie jego części, bo ci najlepsi z naszych aktorów nie pokalali się poparciem Wojtka K. (co poświadczyło, że opinie o ich prawdziwej klasie nie zostały wyssane z palucha) oraz samego zainteresowanego, który pojęcie ma o sztuce jak chomik o Einsteinie i postanowiłam sobie, że dość już publicznych pieniędzy z podatków nadoili na w przerażającej większości gównianie sztuczki dla nikogo i że dodatkowo nie będę się do tych „superprodukcji” dokładać poprzez kupowanie biletów. Taki prywatny bojkot. Teraz, biorąc pod uwagę, że radni nie ugięli się, kryteriów nie zmienili i pan Wojtuś na pewno na swoim stanowisku siedzieć dłużej nie będzie, mogę sobie odpuścić. Niezależnie od tego, który z trzech nowych kandydatów (Bogdan Koca, Wiesław Lewoc, Zbigniew Rybka) zostanie nowym dyrektorem artystycznym, mogę się wybrać do „Norwida” i poprzez zakup biletu podrzucić parę(naście) złotych, bo mam świadomość, że nie będzie z nich korzystał człowiek, który w normalnym teatrze co najwyżej na szmacie mógłby pracować. Swoją drogą teraz w marcu premierę ma mieć ostatni zrealizowany za panowania Klemma spektakl – „Trzy siostry”. I może właśnie na to pójdę. Dla satysfakcji, że to już łabędzi śpiew.
Ponadto czeka mnie z pewnością kino. I wcale nie wybieram się na promowanego gdzie popadnie „Popiełuszkę” mimo obecności w obsadzie Marka Richtera, bo biorąc pod uwagę obecnie panujące tendencje i sposób promocji, węszę „kupę w pieluchach” na poziomie „Katynia”. Czekam grzecznie, aż w jeleniogórskich kinach pojawi się pełnometrażowa wersja moich ukochanych „Włatców móch”. Z racji faktu, że premiera odbyła się 13 grudnia, seans poczynię prezentem urodzinowym dla rodzicielki. Spóźnionym, ale liczy się gest. Jak już będą, to dam znać i nie omieszkam co nieco napisać. Chociaż nie mam jakichś szczególnych obaw, że stracę czas – tym bardziej, że kinówka ponoć do serialu bardzo podobna, a serial wielbię od pierwszego odcinka. Bo jak czasem na niego patrzę, to mam wrażenie, że Kędzierski u nas na podwórku musiał bywać.
A teraz będą dwie informacje z dzisiaj. Dobra i zła.
Zła: z ciekawości dzisiaj obejrzałam pierwszy odcinek straszliwe zachwalanego serialu „Doręczyciel” pomimo ciężkich wątpliwości, czy serial o upośledzonym umysłowo gościu może być ciekawy. I humor mi siadł, bo nie dość, że natężenie wrednej ckliwości przekroczyło normy unijne (a niby Konwencja Genewska zabrania tortur psychicznych!), to jeszcze tego „kwiatka” popełnił sam Maciej Wojtyszko. I jak tu wierzyć w swoich dawnych mistrzów? – zapytuję, znacząco spoglądając na pyszniące się na półce egzemplarze „Bromby i innych” oraz „Tajemnicy szyfru Marabuta”. Wiem, że błądzić jest rzeczą ludzką, ale aż tak…? Pewnie ludkom naiwnie wierzącym w ideały, według których powinien funkcjonować świat i różnym „chodzącym dobrociom” ten serialik przypadnie do gustu, ale jeśli kogoś za przeproszeniem wkurwia ciągłe wmawianie przez twórców, jaki to główny bohater jest biedny i nierozumiany, chociaż jest taki cudownie dobry, a ludzie są źli, skoro go nie rozumieją, to go w najlepszym wypadku tylko szlag trafi, w gorszym zemdli do bólu. Jeśli komu życie miłe, niech nie ogląda. Tym bardziej, że tolerancji ten serial raczej nie uczy. Wręcz przeciwnie, ja jeszcze bardziej utwierdziłam się w mojej niesympatii do „niepełnosprytnych”, jak to ich kiedyś na podwórku określaliśmy. Bo tacy to nawet zabić mogą. Niechcący, oczywiście.
Dobra: także z ciekawości rzuciłam okiem na Polsat i kreskówkę „Kudłaty i Scooby-Doo na tropie”. Chociaż Scooby’ego chronicznie nie cierpię (od czasu obejrzenia dubbingu z Cartoon Network – komu lektor przeszkadzał, o bogowie?), miło się rozczarowałam. Potoczyzmy śmigają jak jaskółki latem („Musisz to wrąbać, nie ma wyjścia!”), ktoś notorycznie rozpłaszcza się na ścianie, a główni bohaterowie bez kozery bekają – co w dobie ultragrzecznych „bajek bez przemocy” niesie radość wszystkim wykolejeńcom odchowanym na Żukosoczku i Żółwiach Ninja z lat 80. I, uwaga, rewelacja – Jacek Bończyk przestał mnie pienić jako Kudłaty (bo w poprzednich seriach skwierczał jak kotlet na starej patelni i przyprawiał mnie o chęć zwrotu). A jakieś 5 minut później zaczęli się „Włatcy móch” i rozgromił mnie tekst: „To jest easy jak klejenie tipsa – on ją zdeflorował!”. Popsuty humor mi się odprawił. Morał? Oglądaj w TV tylko to, co już znasz albo czego nie lansują. Bo jak coś reklamują, to musi być shit.
I głowa mnie boli. Tak się cieszę tą wiosną, a zapomniałam, że oprócz słoneczka i zielonych listków pojawia się także przesilenie wiosenne. I kurczę chyba się zaczęło.
grunt to dobrze notkę zacząć, a pierwsze zdanie mnie rozwaliło ;)ciesz sie, ze masz teatr, u nas juz nawet kino zamknęli ;/
No, teraz to mam teatr… Wcześniej miałam burdel xDAle zasadniczo między Giżem i Jelenią w tych kwestiach różnica niewielka. Są trzy kina, ale jakby żadnego nie było 😛
tak, psie kupy to nieodłączny element wiosny. blee. idealnie się w ten nurt wpisuje OT.TO z piosenką pt. „okrutna, wstrętna wiosna” 🙂