Za miesiąc i pięć dni kończę osiemnaście lat. I mniejsza o to, że nie mam gdzie urządzić imprezy (przecież nie na tych meliniarskich „Baniakach”, nie?…) i nie wiem, kogo z gromadki znajomych zaprosić. To akurat pikuś. Chyba przez ten czas zdążę to jakoś zaplanować i obmyślić. Chyba.
Po prostu uświadomiłam sobie, że przez te 18 lat nie zrobiłam niczego konkretnego. I że nie mam sensownych konceptów na następne 18 i na następne i na kolejne… I że w ogóle mam wrażenie, że jestem cholernie stara, kiedy przypominam sobie, ile ja właściwie mam lat. A przecież nie czuję się wcale staro. Wręcz przeciwnie. Mam w sobie duży power i masę pomysłów, tylko, że w szarej codzienności to wszystko jakoś przygasa. Szkoła wysysa ze mnie całą energię bez zbytniego wysiłku z mojej strony. Jakbym się zaczęła w nią angażować, to pewnie padłabym trupem. Zresztą to nie daje żadnych efektów. Dlatego przestałam się nad tym tak skupiać. Przyłażę, odbębniam swoje, wychodzę. Robię tyle, żeby nie mieć „tyłów”. I tak codziennie. Ciąglę chodzę niewyspana, bo spać nie mogę i kładę się późno, a wstawać muszę wcześnie. Po tygodniu mam dosyć. A w innych działaniach? Innych działań w szkole nie ma. Kółka zainteresowań? Kabaretowe w powijakach i nic więcej. Co najwyżej matematyczne albo fizyczne czy coś w ten deseń. Mało fascynujące dla humanisty. Chociaż po prawdzie dajmy na to takie historyczne też by mnie mało interesowało. Tak właściwie to tylko w rzeczach, którymi zajmuję się po godzinach: pisanie, grafika komputerowa, obróbka filmów, mój i Naty kabaret… Tylko, że to dla przeciętnych jajogłowych nie ma żadnego znaczenia, jeśli nie przekłada się na papiery. Ale nie. Ja nie będę pchać się do olimpiad przedmiotowych i innych konkursów, które obchodzą mnie tyle, co butelka po szampanie z zeszłorocznego Sylwestra, żeby mieć ładne papiery. A tak poza tym to mi nigdy nie imponowało.
A i planów nie mam pięknych. Reżyseria albo scenariopisarstwo. Z naciskiem na to pierwsze. Bez „normalnej” alternatywy. Bo przecież nie pójdę „na siłę” na studia, które w ogóle nie będą mnie interesować. Nie wyobrażam sobie siebie jako pedagoga albo kierownika administracji czy innego urzędnika za biurkiem. Nawet jako dziennikarza – chociaż jeszcze jakieś pięć lat temu opiekująca się gazetką szkolną pani Jagoda widziała mnie jako przyszłą dziennikarkę. Ale kto mi w tym zawodzie da gwarancję, że będę się zajmować tym, co lubię, a nie robić reportaże o głodujących gołębiach w Pakistanie czy innych pierdołach, które mnie nic a nic nie obchodzą? „A alternatywa być musi”. No to nieciekawie.
Obserwuję moich o parę lat starszych ode mnie znajomych i po cichu im zazdroszczę. Może to głupie, ale tak. W większości to „stabilizacji” i robienia w życiu tego, co lubią. A, i jeszcze zazdroszczę M. tego, że może spać do 11.
Kiedyś pan M. (nie mylić z wcześniej wspomnianym M. – to są dwie baaardzo różne osoby) napisał mi: „Bądź tylko konsekwentna i uparta w dążeniu do robienia w życiu tego, na co masz ochotę. Zawodowo też… :)”. I chyba właśnie tego mi brakuje. Konsekwencji i uporu. Znaczy się one są, ale okresowo. A powinny być cały czas. Tylko jak ja mam to zrobić, co?
Chciałabym, żebym kiedyś mogła stanąć przed lustrem i z pełnym przekonaniem powiedzieć sobie samej prosto w twarz: „Jestem szczęśliwym człowiekiem”.
Baaardzo mi się podoba to, co napisałaś. :)Szczególnie ostatni akapit. I wierzę, że cos takiego jest możliwe.Jonasz Kofta pisał:”Nim twe szczęście cię minieTrzeba marzyć.”I wydaje mi się, że te marzenia nawet nie muszą się spełniać, żeby dawać szczęście. Bo jak nie można, a bardzo się chce, to można. Czy jakoś tak 😉