Wchodzę sobie na gadu gadu i taki oto dziwny widok oczom mym się przedstawia – czworo czy pięcioro znajomych ma w statusach te durne świeczki z nawiasów i gwiazdek/apostofów, których to ja nienawidzę jak jasnej cholery i jakieś epitafia. „Ktoś umarł czy coś?” – pomyślałam. Nie dawało mi to spokoju, więc – wiedziona starym, dobrym przeczuciem zajrzałam na stronę serwisu miejskiego. I moja kochana intuicja mnie nie zmyliła. Co się okazało? Znowu jakiś małolat walnął sobie samobója. Żeby było efektowniej, to w okolicach tzw. Krzyża Milenijnego (niekumatym wyjaśniam – jest to taka kupa złomu przypominająca krzyż, którą jakieś siedem lat temu postawili za miastem w okolicach Zabobrza – „blokowiskowej” dzielnicy mojego miasta). Cudooownie. Powtórka z rozrywki. Na wiosnę inny młodociany na tzw. Kiepurowie (ul. Kiepury na Zabobrzu – na tyle długa, że zyskała sobie miano nieformalnej mikrodzielnicy) skoczył z okna, bo go dziewczyna zostawiła. Luuudu wiary, co to się z tymi dzieciakami dzieje? Mają po tyle samo lat, co ja, a czuję się od nich cholernie, cholernie starsza. Dlaczego? A dlatego, że jakieś fanaberie w stylu samobójstwa nawet mi przez myśl nie przechodzą. Dobra, rozumiem, że ktoś tam się dowiaduje, że ma białaczkę i zostało mu jakieś pół roku życia, nie chce agonii i woli sobie przyśpieszyć zejście, ale żeby z jakichś niewydarzonych pobudek odbierać sobie życie? Tym małolatom chyba się mocno we łbach przewraca. Chciałoby się powiedzieć: „za moich czasów dzieciaki nie były takie bezmyślne”, ale niestety to są moje czasy, chociaż w takich momentach wolę się do nich w ogóle nie przyznawać… Wstyd i hańba po prostu z tym wszystkim. I jeszcze brak społecznego potępienia wśród większości rówieśników… Co to za chore pokolenie jest, u licha? Aż człowiekowi się nóż w kieszeni otwiera, jak słyszy, co te nastolatki wyrabiają. Zwyczajna paranoja. To nie jest Japonia, żeby seppuku było rozwiązaniem honorowym.
Kurczę, ja nie mam cierpliwości do takich ludzi. Wiecie co? A niech się pozabijają. Niech wszyscy powyskakują z okien, powieszą się, otrują gazem, popodcinają sobie żyły, zatrują się proszkami nasennymi, rzucą się z mostu, wskoczą pod pociąg, przyjadą do Poznania z koszulką Legii i szalikiem Wisły wieczorową porą w weekend. (przeżywalność podobno wynosi nieco poniżej godziny) czy co tam jeszcze podsunie im chora wyobraźnia (uwierzcie mi, pomysłowość samobójców nie zna granic). Może to jest rodzaj selekcji naturalnej, która ma odsiać wypaczone jednostki. I tylko ta myśl mnie pociesza. Że kiedyś powybijają się wszyscy i będzie spokój. Jak to dobrze ujął na jednym z blogów niejaki Kris: „Wydaje mi się, że normalny człowiek nie jest w stanie popełnic samobójstwa. Że włączy mu sie jakaś blokada w mózgu w momencie, w którym stoi za balustradą. A jak sie nie włączy to znaczy, że to był wybrakowany model i nie przekaże dalej swoich genów :)”.
I to by było na tyle. Kiedyś mi ktoś powiedział, że dojrzałam psychicznie i emocjonalnie szybciej niż moi rówieśnicy. I chyba niestety miał rację.