Ameryka – Ship of hope

Głowa mnie boli, nogi zresztą też i w ogóle czuję się skopana fizycznie i nieco psychicznie, ale mimo wszystko muszę opisać to wszystko, co stało się moim i Naty udziałem dziś wieczór. Uwaga – bądźcie przygotowani na wszystko 😉

Byłyśmy umówione z Natą o 18.30 niedaleko mojego domu. Ruszyłyśmy w stronę teatru, ja bardzo chwiejnym krokiem ze względu na to, że pożyczyłam od mamy jej nowe buty na taaakim obcasie, a jak wiadomo Dagmara + obcasy = możliwość wypadku. W każdym bądź razie dotarłyśmy na miejsce w stanie nienaruszonym. Żeby było śmieszniej, okazało się, że pod teatrem stał nie kto inny jak pan Cinkowski, a my zauważyłyśmy go dopiero, jak wchodził do teatru, czyli po jakichś… 10 minutach? xD Wstyyd, dziewczątka, wstyyyd… 😉 Udało nam się wejść. Troszkę szczęścia się przydało, bo wejście wprawdzie darmowe, ale masę ludzi miało zaproszenia… Nie powiem, była chwilka grozy 😉 Chociaż potem było jeszcze lepiej. Przed wejściem na widownię czekała na nas zamaskowana „kontrol” (czyli międzynarodowa obsada spektaklu). Jezu, ten pierwszy miał spojrzenie naszego pana od matmy! 😮 Ale okazało się, że nas nie zamierzają zjeść, tylko wprowadzić w klimat „świrowni”. Kazali widzom np. udawać różne zwierzątka, robić przysiady, krzyczeć „I love George W. Bush!” (Natka bardzo chciała i o! to ją do tego wzięli xD). Potem trafiliśmy do pomieszczonka trochę na modłę Sceny Studyjnej, urządzonego za Dużą Sceną i tam udało nam się załapać do pierwszego rzędu. A potem już na dobre zaczął się najbardziej pogibany, porypany czy jaki tam chcecie spektakl, jaki w życiu widziałam. Dziesiątka aktorów (wśród nich jeden Polak – wiadomo kto 🙂 ) odstawiła psychodeliczną wielojęzyczną historyję na podstawie dzieła Franza Kafki (która z oryginałem miała mało wspólnego ponoć…) o niejakim 16-letnim Karlu Rossmannie, którego rodzice wysłali do Ameryki po tym, jak jego niania zaszła z nim w ciążę („No! Teraz ją musisz bzyknąć!” – leżeliśmy po tym tekście). Totalny odpał, gra w krzesła z samobójstwami, „Jesus loves you” (to będzie nasze nowe powiedzonko pewnie xD), gospel, „What a wonderful world”, gadanie przez megafon…Troszkę za dużo nawet jak dla mnie ^^ Widownia bawiła się świetnie – ja w gruncie rzeczy też. Ale, kurczę, jednak „Ameryka” przejechała mi po psychice kombajnem i teraz będę pewnie miała jeszcze większe schizy niż wcześniej. Jednym śni się różowy miś Tymoteusz, a mi będzie pewnie facet w czarnym kubraczku, w białych rękawiczkach i białych, cholernie czystych trampkach! Dodam dla wyjaśnienia, że ten facet ma metr sześćdziesiąt pięć wzrostu.

Po spektaklu nastąpiła rzecz niemniej przyjemna, jednak wy, o biedni, nieobecni tam wówczas czytelnicy, nie poznacie konkretów 😛 Otóż ja i moja nieodłączna towarzyszka szaleństw Natalia rozmawiałyśmy chyba przez bite pół godziny z pewnym przesympatycznym człowiekiem. Tenże pan, nie uwierzycie – niedawno wpędził mnie w dołek psychiczny i ostatnio mnie z niego wyprowadził. A jakim cudem, to już tajemnica 😉 W każdym bądź razie sporo mu ostatnimi czasy zawdzięczam. Sporo, tj. np. spokój ducha… A to naprawdę dla mnie cholernie dużo. Dobra, mniejsza o to, i tak chyba za mocno uchyliłam rąbka tajemnicy ^^’ W każdym bądź razie było piekielnie miło. Proszę pana, bo mi się chyba udało to wszystko zrozumieć 🙂

Piosenka na dziś: cokolwiek budzącego miłe wspomnienia lub skojarzenia, ale jakoś szczególnie pasuje mi kawałek „Now is here” zespołu Clannad: http://www.nostalgia.pl/mmedia/robinhood/rhood2.mp3

Ech… „Najbliżej nieba są samoloty, najbliżej…”. A zresztą wszyscy wiecie.

 

P.S. Wombaty zrobiły nam fotę znienacka! Widziałam! ;D

2 komentarze do “Ameryka – Ship of hope”

  1. A no, milusio 🙂 Skoro Daguchna postanowiła więcej nie zdradzać, nie będę :)Ale czegoś takiego w teatrze nie przeżyłam nigdy.. I chyba nigdy już nie przeżyję. Wszystkich ewentualnych czytalników tego wpisu zapewniam – takich przeżyć nie doznacie ani podczas występu Kabaretu Moralnego Niepokoju, ani Ich Troje :)) Pozdrawiam 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *