Jeżozwierzowanie w Wilkowyjach

Wiecie, co? O ile dotychczas traciłam wiarę w to, że coś pożytecznego może do mnie wypłynąć z produkcji „namaszczonych” przez TVP, o tyle teraz tę wiarę odzyskałam. Co najśmieszniejsze, po obejrzeniu kolejnego odcinka serialu wprawdzie bardzo dobrego, doskonale oddającego klimat i mentalność wsi, ale w którym nie spodziewałam się znaleźć owych przekazów pożytecznych. Bo i w końcu „Ranczo” zawsze wydawało mi się być nastawione bardziej na humor. A tu cyk, niespodzianka. Bardzo przyjemnie zaskakująca.

Otóż dzisiaj – a właściwie wczoraj, bo już po północy – po raz pierwszy w życiu mym całkiem już długim mało się nie popłakałam na serialu stricte komediowym i to wcale nie ze śmiechu. Ale do rzeczy. Z „Rancza” na bieżąco „zaliczyłam” tylko pierwszą serię. Pozostałe odcinki oglądam dopiero teraz, w ramach powtórek. Takim oto sposobem dotarłam do trzeciego sezonu, więc i do dziesiątego odcinka, a trzydziestego szóstego całej serii. Żeby jednak nieco więcej zrozumieć, musimy się cofnąć o odcinek wcześniej, albowiem w nim pojawia się postać wikarego Roberta. Pojawia się w Wilkowyjach i od razu robi… no, nienajlepsze wrażenie. Wredna menda, cnotek i kawał skurwysyna w jednym. Taka z jednej strony wkurzająca, a z drugiej żałosna postać – bo niby to taki bojownik o moralność, a histeryzuje na widok pająka. I w sumie takie zdanie o nim miałam… do wspomnianego odcinka numer 36. Przez prawie cały epizod księżulo wyczynia kolejne rzeczy, dzięki którym podbudowuje swój wizerunek męskiej zołzy w czarnej sukience, by w finale tegóż doprowadzić do zdarzeń, których się nie spodziewał. I tym samym do jednej z najlepszych scen w całym serialu, jeśli nie w ogóle w seriach tego gatunku z ostatnich lat. Tak więc gdy wikary z ambony jawnie wytyka Lucy i Kusego jako grzeszników, oskarżając ich o obnoszenie się ze swoim cudzołóstwem, prawie wszyscy parafianie (oprócz zafascynowanej księdzem córki wójta, Klaudii) pod wodzą gospodyni proboszcza, Michałowej, wychodzą z ławek i stają po ich stronie. Michałowa zresztą później, uznając jednak swoje działanie za niesubordynację, chce opuścić plebanię, ale proboszcz nie przyjmuje jej „dymisji” i mówi jej, że „słabszych, choćby i grzesznych, bronić przed prześladowaniem to jest pierwszy chrześcijanina obowiązek”. Po buncie wiernych wikariusz załamuje się i… cholera, zrobiło mi się go żal. Mi, samej mi, wiecie co. Z owej mendy i skurwysyna, dumnego skurwysyna, nagle wychodzi taki biedny, neurotyczny człowieczek. Chciał dobrze, chciał zgodnie z powołaniem, ale nie wyszło. Powołanie rozeszło się z dobrymi chęciami na dwie strony. Nie tą drogą poszedł, pogubił się i nie zauważył tego, dopiero po takim „kopie” sobie to uświadomił, a i ktoś mu o tym powiedział – proboszcz konkretnie. Niby taki jeżozwierz z tego Robercika, bunt na mszy był czynnikiem, który skłonił go do schowania kolców i odsłonięcia łagodnego wnętrza. „Coś mi się zdaje, że niezły będzie z ciebie kapłan. Obyś tylko drogę właściwą znalazł” – rzekł mu proboszcz później. Mimo, żem niewierząca, wzruszyło mnie to wszystko. Na serio. Może też dlatego, że znalazłam z wikarym jakieś cechy wspólne. Głównie te dobre chęci, które nam wyjść nie chcą, bo źle je realizujemy, a nikt nam nie powie, co jest źle, tylko się czepia – i nie wiadomo, że się poszło na manowce, dopóki się nie dostanie metaforycznego kopniaka. No i – kurczę – gdy Robert mówił do Klaudii, że wszyscy odwrócili się do niego plecami, a ta pocieszała go, że ona go nie opuściła… Też znam ten ból. Niełatwo być innym wśród ludzi myślących tak samo – a takim był wikary w Wilkowyjach, nieważne, czy czyniąc dobrze czy źle.

Po tym odcinku zaczęłam sobie myśleć o tych wszystkich dobrych chęciach, którymi piekło jest wybrukowane i o tych wszystkich biednych ludziach-jeżozwierzach, takich jak ksiądz Robert i ja.

Dobranoc.

 

P.S. Tak na marginesie – po tym wszystkim jeszcze bardziej lubię Bartka Kasprzykowskiego. Rośnie nam tu naprawdę dobry… ba! znakomity aktor, autentyczny w tym, co robi i rozkruszający każdy lód w człowieku. W każdym.

6 komentarzy do “Jeżozwierzowanie w Wilkowyjach”

  1. A ja się wzruszyłam, gdy właśnie Michałowa wstała, a potem cała wieś (poza zakochaną w księdzu Klaudią) stanęła murem za Kusym i Lucy. Coś pięknego – wszyscy tak solidarni… 🙂 A ksiądz wydał mi się przekoloryzowany – dopóki był wredotą, było ok, świetnie grał swoją rolę. Lecz gdy zaczął się rozklejać, wyglądało to groteskowo i jakoś tak śmiesznie. Trochę zrobiło mi się go żal, ale – wiem, że dalej pomoże bezrobotnym ze wsi szukać pracy za granicą i będzie lubiany – aż tak, że proboszcz się zaniepokoi i poczuje się stary 😉 Pozdrawiam autorkę ciekawego posta :)PS: Trafiłam tu przez przypadek, tak sobie skaczę po blogach – i aż się ucieszyłam, że ktoś napisał coś o „Ranczo” :))

  2. Żeby nie było – mnie też. Dopiero teraz zauważyłam, że z posta to nie wynika 😉 Życie mnie nauczyło, że stanąć po stronie mniejszości to sztuka wielka – i nawet w serialu czy w filmie jeśli uważam, że mniejszość owa ma słuszność, takie zachowanie mi się strasznie podoba.Zastanawia mnie tylko, czy w późniejszych odcinkach owa przemiana wikarego nie dokonuje się nieprawdopodobnie za szybko – ale tego już się dowiem za tydzień ;)Pozdrawiam.

  3. Widzialem ta akcje w kosciele, widzialam! :D:D i grunt,ze nasz wikary z czasem sie zmienil na lepsze :>> ;*

  4. czasem zaluje ze nie ogladam Rancza … niestety kiedy to leci mnie zwykle nie ma w domu :/ a ten odcinek musial byc naprawde swietny, czasem przelotem ogladalam i widzialam ze fajny serial komediowy a tu taka sytuacja. no szkoda ze tego nie widzialam. moze kiedys zobacze ;]pozdrawiam! http://www.animrumru.blog.onet.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *