Już było ślicznie. Wracałam do formy zarówno po wykańczającym wielkanocnym zapaleniu zatok, jak i po spaczającym mózg i emocjonalność gimnazjum – psychicznym burdelu najcięższego kalibru. Wracał mi zapał do nauki – mały, bo nigdy wielkiego nie miałam. Już zaczynałam dążenie do celów mych rozlicznych. Poznałam nowych, wspaniałyh ludzi. Zaczynałam normalnieć nawet, bo i znakomite wzorce odnalazłam.
I wszystko się elegancko popieprzyło tej nocy.
Nie obwiniam. A skąd! Powtarzałam to już parę razy. Ale jednak boli mnie to okropnie. Bardziej niż chory żołądek, nie do końca doleczone zatoki i oczy, które ze wszystkich sił chcą płakać. I ta pustka… Totalna pustka, brak jakiegokolwiek oparcia, jakiejś solidnej opoki, na której oprzeć by się mogła moja wątła moralność, słaby charakter i jeszcze słabsza wiara. To było dla mnie jak jakiś napęd, jak katapulta – miałam siłę, by brnąć dalej, żeby dotrwać do matury, zdać na wymarzone studia i uprawiać właśnie ten zawód: reżyser. By potem móc współpracować z tak wspaniałymi ludźmi. Wiem, że to trudne zajęcie – w szczególności przy mojej kruchej psychice, ale chciałam, chciałam ze wszystkich sił spełnić to marzenie. Może byliby ze mnie jeszcze ludzie? Z takiego cholernego, aspołecznego wyplemieńca?…
Nie wiem, co będzie dalej. Moja nadzieja na „fajne jutro” wyruszyła do ciepłych krajów i cholera ją wie, kiedy wróci. Dzisiaj jeszcze zanim usnę z trudem, wlezę w jakiś kąt łazienki czy kuchni i popłaczę cicho w rękaw, wierząc, że mi po tym ulży. Potem ostatnia przed snem herbata – dla spokojności. A od jutra muszę zacząć się zaprzyjaźniać z nową Dagmarą, której miast lekko zaspanej nadziei towarzyszyć będzie czarna dziura. Smutna, mroczna i kurewsko pusta.
Przepraszam. Musiałam to z siebie wywalić, chociaż i tak czuję, że mało mi to pomogło.
Czuję się jak jakieś egzystencjalne ścierwo.