Stan męczenny

Wchodzę na mojego bloga i niespodzianka – mam 9000 wejść w statystyce 🙂

To jedna z nielicznych rzeczy, która mnie dzisiaj ucieszyła.

 

Z racji tego, że dzisiaj jest 13 grudnia,zapędzili nas do świetlicy na „Lekcję patriotyzmu”. Już sama nazwa przyprawiła mnie o mdłości. Co prawda na początku wydawało się, że będzie nieźle – projektor, prezentacja multimedialna z komputera…Potem wyszło szydło z worka. Okazało się, że zakłamywanie historii wcale nie skończyło się z upadkiem komuny. Owa „lekcja” miała na celu wyrobienie w nas przekonania, że stan wojenny był zły, a Jaruzelski to zdrajca. Tja. Generał uratował, za przeproszeniem, dupę połowie tego popapranego kraju. Popapranego, bo nie doczekał się wdzięczności rodaków. Zaraz się pewnie zacznie, że ofiary, że coś… Jedna „drobna” uwaga – ofiar stanu wojennego było kilkadziesiąt. Jakby Ruscy wpadli, byłoby co najmniej pięć razy tyle i to tylko przy odrobinie szczęścia. Zresztą do piachu poszli ci, którzy, jako „wielcy patrioci”, obnosili się ze swoją niechęcią do komuny. Kto siedział cicho, ten na stan wojenny i całą komunę nie narzeka.

Poza tym wychowawczyni przyczepiła się do paru osób w klasie (w tym i mnie), że nie mamy „adekwatnego do okazji stroju”, tj. przynajmniej białej bluzki/koszuli. Taa, miałam ubrać tą bawełnianą, żeby akurat na Święta złapało mnie grypsko. Zresztą, po jaką cholerę miałam się stroić? To nie jest żadne święto. Święto było wczoraj, tylko większość o nim zapomniała.

Moje imieniny. Dostałam życzenia od…uwaga…dwóch osób. Od mamy i od koleżanki Natki, która co prawda też mieszka w Jeleniej, ale znamy się tylko przez Internet. Reszta albo zapomniała albo (co bardziej prawdopodobne w przypadku reszty najbliżeszej rodziny) olała to całkiem. Wstyd.

 

Co poza tym? Będę grać w szkolnych jasełkach. Skoro do Młodzieżowej Sceny Dramatycznej mnie nie przyjęli, muszę się wykazywać gdzie indziej. Niestety najlepsze role w stylu Diabła czy Hipiski zostały już rozdane i zostały same ochłapy. Albo Uczennica albo Anioł. Wzięłam Anioła, bo myślałam, że będzie można na tym zbudować jakąś ciekawą postać. Ale nie, ale nie. Mam jedną kwestię wierszem z drugą koleżanką – Aniołem. Zero solówek. Jedyna szansa na popis to własna interpretacja kostiumograficzna (czyli niestandartowy ubiór) i przejęcie „przywództwa” przy mówieniu swojej kwestii plus kolędy (a śpiewam ponoć nienajgorzej – to tylko kwestia tonacji). Może być nieźle. Chociaż szczerzę mówiąc, gdy pomyślę sobie, że mogłabym już we wrześniu 2007 zagrać coś z klasyki lub ze współczesności z solówkami i szansą prawdziwego spełnienia się na scenie, to czuję się niedocenionym nieudacznikiem.

Niedawno w szkole wymieniłam parę zdań z dziewczyną, która też była na naborze (nie wiem, czy należała do Sceny wcześniej, czy też startowała). Zapytała, czy się dostałam. Usłyszawszy ode mnie, że nie, skomentowała to mniej więcej tak: „Obstawiałam, że przejdziesz”. Kurczę, to już druga osoba, która mi to mówi. Węszę spiskową teorię wydarzeń.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *