Kabaretowa Noc Listopadowa

Zamierzenie było cokolwiek ciekawe i odważne – świętowanie 11 listopada w sprzeczności z panującymi smuto-depresyjnymi tendencjami. Nazwisko twórcy wprawdzie straszyło (nie oszukujmy się, Robert Górski aktualnie nie jest w najlepszej formie), ale zgodnie z myślą „Pożyjemy, zobaczymy” siadłam i obejrzałam. I jednak piosenka tytułowa – mimo przebijającego się spośród chóru silnego głosu Radka Bieleckiego, wywołała u mnie poczucie nietakości. Inaczej mówiąc, coś mi nie grało. Potem zaczęło, a bynajmniej w pierwszej części.

Okazuje się, że o ile Górski jako tekściarz zajmujący się wyśmiewaniem rzeczywistości delikatnie mówiąc wysiada, o tyle z satyrą na historię radzi sobie póki co całkiem nieźle. Kto pamięta jeszcze KMN-owską „Historię świata” i „Historię Polski” i podobało mu się, to pewnikiem na „Nocy Listopadowej” się nie zawiódł – podobny styl, podobna śmiałość przechodząca w bezczelność.

Konferansjerka też ładnie wypadła, a scenki „rekonstrukcji” – momentami przepysznie. Góral pozbył się – przynajmniej na czas tego koncertu – swojej przykrej scenicznej przypadłości zwanej spychaczem, czyli przyćmiewania reszty osób na scenie ostrą i przerysowaną grą aktorską, co wygląda co najmniej dyskusyjnie. Dzisiaj zrównał się z resztą wykonawców – ani nie odstawał od nich, ani nie był słabszy w grze ani silniejszy. W sam raz. I modlić się tylko, żeby już mu tak zostało. Jako błogosławieństwo traktuję brak w składzie KMN Kasi Pakosińskiej, która prawdopodobnie poza pięknym ciałem i obrzydliwie zużytym jako sceniczny „greps” śmiechem nic by nie wniosła. Swoją drogą do zaskakujące, że może dojść do czegoś takiego, jak „regresja” talentu aktorskiego – szczególnie u osoby, która swego czasu nazywana była jedną z najlepszych artystek kabaretowych. Niestety lub stety – Kaśka w ostatnim dniu listopada oficjalnie wraca do roboty. Także cieszmy się czasem odpoczynku od niej, który jak widać wychodzi Moralnym na dobre. Wspaniale w scenkach historycznych i innych radzili sobie zaproszeni artyści. Do majstersztyków mogę zaliczyć Michała Gawlińskiego jako radzieckiego bojówkarza (nie przeszkadza w tym fakt, że nie powiedział prawie nic), Marcina Wójcika jako białego króla czarnego kraju oraz Romana Żurka w roli Bolesława Bieruta.

Skecze były w sumie w większości stare, ino gdzieniegdzie poprzerabiane, żeby pasowały do całości. Nie rzucało się w oczy, żeby jakkolwiek odstawały, mimo, że ścisłego trzymania się tematu jako takiego nie było.

Neo-Nówka wciąż mnie zaskakuje znakomitą kondycją w kwestii aktorstwa, chociaż jest ona kwestią oczywistą od czasu premiery programu telewizyjnego „Od III do V RP”. Co sprytniejsi skecz z sondą mieli szansę widzieć dzień wcześniej, podczas emitowanego w TVP1 ogólnopolskiego testu historycznego, a dzisiaj utwierdzić się w przekonaniu, że znowu chłopcy z Wrocławia (i jeden z Lidzbarka) strzelili w dziesiątkę. A ci mniej sprytni, którzy widzieli dzisiaj, takowe przekonanie sobie wyrobić. No i dzisiaj było coś, czego zabrakło niektórym we wczorajszej wersji – otóż była walka sceniczna Radek Bielecki vs. cała reszta ekipy o ugotowanie tego pierwszego. Naprawdę niewiele brakowało, ku uciesze widowni.

Młodzi Panowie przedzierżgnęli „Redakcję pisma dla kobiet” i pokazali. I sprawdzili się. Rewelacje? Drobne i charakterystyczne dla tego skeczu, no ale były.

Pierwsze wejście Ani Mru Mru powitało lekkim szokiem. Jeżeli ktoś jeszcze wam powie, że Waldek Wilkołek jest aktorskim kołkiem, po dzisiejszym programie macie stuprocentowe prawo strzelić go w pysk za kłamstwo. W skeczu o klinice leczenia uzależnień wcielił się w postać alkoholika, tworząc w zmyślny sposób oszczędnymi środkami śmieszno-tragiczną kreaturkę. Niemniej ciekawie – mimo tego, że nadekspresywne kreacje w jego wykonaniu to mruczkowa tradycja – wypadł Michał Wójcik jako nadpobudliwy seksoholik, który mimo uzależnienia ani trochę nie wydaje się obleśny – tylko trochę zwariowany w swoich skojarzeniach. Btw. ilu z nas jest trochę do niego podobnych? Ogółem świetny skecz i kolejny dowód na to, że Mruczki nie tracą „kopa”.

Biorąc pod uwagę, że tego typu programy to w gruncie rzeczy gatunkowy tygiel, Andrzej Grabowski w nieco mniej znanej wersji – jako lyriczny wykonawca poetyckich piosenek – wpasował się w całość znakomicie. Taki łyk malinowego wina między kolejnymi szalonymi smakami różnorakich potraw. I powiem wam, że w takiego Grabowskiego chętnie zobaczyła bym jeszcze raz.

I na tym skończyła się pierwsza część. Na drugą musiałam czekać ponad godzinę, bo Dwójka oczywiście nawet w święto nie mogła sobie odmówić emisji swojego sztandarowego (s)hitu znanego jako „Barwy szczęścia”. TVP żywemu nie przepuści. Na szczęście każdy widz – nawet ten mało rozgarnięty – ma pilota. I może na czas przerwy pooglądać coś mniej obrażającego jego inteligencję i poczucie smaku.

 

Drugą część rozpoczęła piosenka cokolwiek lepsza od tej witającej widzów na samym początku programu, mimo braku najlepszych wokali z artystycznej gromadki gości. Także tekstowo. Wiadomo, „narodowym purystom” się zapewne nie spodobała (szczególnie niegrzeczna puenta), ale był wybór – jak ktoś woli smęty, akurat leciały w tym samym czasie na Jedynce.

Ani Mru Mru w efekcie zgłębienia tematu emigracji za chlebem wysmażyli skecz o giełdzie pracy. Słowo „giełda” należy brać dosłownie, albowiem w tej scence cwaniakowaty dresiarz próbuje odsprzedać Polakowi zza granicy pracownika-Holendra niczym autko, a dowcip oparto na grze słów z terminologią motoryzacyjną. Od tej strony nikt jeszcze tego nie ugryzł, także zawiało świeżością, mimo tego, że skecz już raz w telewizji był. Ogółem wizja dosyć straszna – zarówno dla ewentualnych przyszłych sprzedawców, jak i nabywców.

Andrzej Grabowski po wejściu lyricznym dla równowagi musiał się pokazać w wersji takiej, z jakiej jest najbardziej kojarzony jako kabareciarz – jako solista prezentujący monologi. Zgodnie z myślą, że na Warszawę czasem idą Niemcy, czasem Rosjanie, ale i niekiedy nasi, w roli robotnika opowiadał o wyprawie swojej i kolegów z pracy do stolicy, gdzie mieli protestować przeciwko zamknięciu zakładu. Ogółem wycieczka skończyła się… hucznie i całkiem niezgodnie z planem x)

Młodzi Panowie znowu z numerem używanym, aczkolwiek tym razem nie „dosmaczanym” na potrzeby koncertu – bo i skeczu o samolocie prezydenckim nie trzeba było. Biorąc pod uwagę różne takie okoliczności okołopolityczne ten numer w tym programie tego dnia zabrzmiał jak gorzko-ironiczny komentarz…

Niemniej ironicznie wybrzmiała jedyna rekonstrukcja wydarzeń przyszłych – opowieść o posiedzeniu komisji śledczej d/s afery Euro 2012. Śmieszne to, ale jednak coraz częściej mam wrażenie, że kiedyś może być prawdziwe.

Dobra – przyznam, że potem akuratnie jedzona rzodkiewka omal nie stanęła mi w gardle. Wyszedł Marcin Wójcik i zaśpiewał. Ale, w mordę, jak. Talent wokalny Rabbaja nie jest tajemnicą, ale i nigdy nie był w adekwatny sposób wykorzystany. A tego wieczora wreszcie to zmieniono. W tym momencie stwierdziłam, że jak dla mnie Marcin momentalnie zakasował wszystkich poprzedników grających na tej scenie. Przepięknie zinterpretowana przeróbka „Szczęśliwej drogi już czas” nie dość, że jest murowanym kandydatem na nowy przebój wśród piosenek kabaretowych (z ręką na sercu dawno nie słyszałam czegoś równie porywającego), to jeszcze stanowiła naprawdę znakomite zakończenie drugiej części.

 

Trzecia część wystartowała od jedynej rekonstrukcji, która została łyżką dziegciu w beczce listopadowego miodu. Może dlatego, że dotyczył historii powojennej (pojawienie się Bieruta w Polsce) i pewnie z obawy przed tym, że z powodu naruszenia jedynej słuszniej wersji historii propagowanej przez TVP może program polecieć, scenka wyszła jak wyszła, mimo pięknej gry aktorskiej Romka Żurka. Mentalna czkawa.

Chłopcy z Neo-Nówki dodali co nieco do znanego i lubianego skeczu o księdzu i kościelnym. Jak to mówią, przy sprytnym tekściarzu niektóre skecze mogą osiągnąć stan życia wiecznego i pokaz takowego stanu wrocławiano-lidzbarczane dali. Oczywiście i przy okazji pojawił się element walki o Radkowe zgotowanie, aczkolwiek już nie tak wyraźnie jak przy sondzie.

Kabaret Młodych Panów przedstawił hipotetyczną sytuację o tym, jak to by było, jakby podczas stanu wojennego milicjanci zatrzymali świętego Mikołaja. Pomysł całkiem ciekawy, jednak mam wrażenie, że nie do końca wypalił. Tym bardziej, że całkowitym źródłem komizmu okazał się być Mateusz Banaszkiewicz jako podpity pomocnik Mikołaja, buntujący się za nazwanie go łosiem.

Potem suszyli. Czyli, że „Drogówka”. A zatrzymali dwóch podpitych pancernych jadących maluchem. Pół żartem, pół serio rozliczenie z kultem „pancerniaków”. Co zabawne, wypadło lepiej od poprzedniego skeczu. Reakcja Młodego w puencie – bezcenna.

Gdy Góral zapowiadał „nierdzewny gwóźdź programu”, myślałam sobie o raczej mało fajnej muzycznej wstawce. Ale nie. Czesław śpiewał. I było fajnie. Odniosłam wrażenie, że wstawiono pod koniec każdej części coś bardziej lirycznego tak dla różnorodności i równowagi z rozmysłem. Ale dobry to był rozmysł. Tym bardziej, że Czesław jest bardzo pociesznym muzykantem… Co nie zmienia faktu, że jego występ troszkę mi się dłużył.

 

I tyle. I wiecie, co wam powiem? Że im wyszło. Dobrze. Nawet bardzo dobrze, mimo paru rzeczy niezbyt porywających i jednej nieszczególnie wyglądającej wpadki. W tym wypadku plusy przyćmiewają minusiki. Oczywiście, że dla mózgów przeżartych nadmiarem kolorowych, naszprycowanych krzykliwym i niekiedy bardzo prostym, wręcz prostackim dowcipem „pigułek” zapewnie było za nudno. No cóż, no cóż, no cóż. Oni i tak chyba nie byli targetem. Na całe szczęście. Brak różnorodności i przesada to dwie najbardziej szkodliwe rzeczy w kwestiach kabaretowych. Ja nie uważam trzech godzin spędzonych przed telewizorem za stracone – wręcz przeciwnie. Kilka osób, co do których miałam ciężkie wątpliwości, czy coś z nich jeszcze będzie, udowodnili, że mogą jeszcze „wyjść na ludzi”, a pozostali mimo tego, że osiągnęli już pewien dobry poziom, pokazali, że nie stoją w miejscu. Dobrze to rokuje nam na przyszłość. A i lekka „niepoprawność” całości wobec polskiego świętowania Dnia Smutopodległości… khem, przepraszam, Dnia Niepodległości, rokuje jeszcze lepiej – bo nie wszyscy chcą się topić w naszym martyrologiczno-depresyjnym bagienku.

 

 

Parę tekstów było godnych odnotowania…

– I napisz, że Feel się rozpadł.

– Aaa, to już przesada.

– Przesada to będzie, jak KombII się rozpadnie.

 

„Ja nie mam problemu z alkoholem. Ja mam problem z pieniędzmi na alkohol”

„Samolot prezydencki jest jak struś. Nie lata i są niezłe jaja”

 

I na koniec najpiękniejszy:

„Nie dogadamy się! To pokolenie musi po prostu wymrzeć!”

No właśnie. Pewnie pokolenie musi wymrzeć, żebyśmy mogli co roku cieszyć się takim Świętem Niepodległości.

7 komentarzy do “Kabaretowa Noc Listopadowa”

  1. Impreza wypadła rzeczywiście nienajgorzej, w porównaniu z innymi programami kabaretowymi serwowanymi w telewizji. Oprócz tego, co się działo na scenie, bardzo korzystna była stosunkowo skromna scenografia i brak migających światełek, bujających się kamer itp. Być może było to wymuszone przez okoliczności, co w tym przypadku wyszło na dobre.A co do wymierania pokolenia… Od wieków każde młodsze pokolenie uważa, że jest nieporównanie mądrzejsze i bardziej otwarte od stetryczałych pokoleń poprzednich. A tymczasem różnice nie dotyczą pokoleń, lecz są osobnicze. Głupota jest wieczna, a rozum zawsze był w mniejszości.

  2. Ogólnie rzecz biorąc – nic dodać nic ując do recenzji. To, że mnie osobiście czkawką odbija się NeoNówka na scenie i że mnie zwyczajnie nie bawią, to już kwestia indywidualnych gustów. Ani Mru Mru też mnie jakoś nie poraziło… Jedynie Jabbar (No właśnie JABBAR, albo JABAR a nie Rabbaj!!!!) wokalnie to i owszem…Podpisuję się rękami i nogami pod stwierdzeniem, że brak Pakosy jedynie wychodzi Moralnym na zdrowie. Dziwi mnie jednak taka ostra krytyka umiejętności tekściarskich Górala. Pewnie – Mnie też on zaczął nużyc jakiś czas temu, niemniej wciąż na polskiej scenie kabaretowej (i nie tylko!) pozostaje on wciąż najlepszym, najbardziej płodnym i najbardziej lotnym tekściarzem. Następcy, póki co nie widać…A no i jeszcze jedno: Trudno mieć pretensje do kabaretów, że grały stare skecze. Koncert był realizowany według ścisłego scenariusza. Scenariusz opracował Góral, przy dużym udziale Beci Harasimowicz i pod naciskiem „góry”. Kabarety zostały na ten koncert zaproszone z konkretnymi skeczami. Mogli, oczywiście zaproponować coś od siebie, ale większość numerów była im z góry narzucona – zwyczajnie pomysłodawcom i producentom te a nie inne skecze pasowały do całości i chcieli je mieć w koncercie. A np. Kabaret Młodych Panów wysmażył w ciągu ostatniego miesiąca chyba ze trzy albo i cztery nowości – bardzo dobry wynik. Nie ich wina, że reżyserzy programów telewizyjnych od świeżynek wolą jednak sprawdzone starocie…

    1. Tak co do Marcina – usprawiedliwiam się faktem, że za moich czasów nazywanie go „Rabbajem” funkcjonowało na równi z „Jabbarem” i było stosowane jako zamiennik 😉

  3. co do samego występu, to znasz mę zdanię więc się nie będę rozpisywać, ale tego, że zamiast dać na żywo Noc Listopadową, zrobili przerywnik – i chyba wcale nie na (s)hit Barw szczęścia tylko na Galę, Bal czy jak tam to zwą, który puścili na tvp1, to tego cholera podarować nie mogę!!!a co mnie ma obchodzić ta rycząca Rodowicz…. a tak ją kiedyś lubiłam, jak śpiewała, a nie darła gębę! i gdzie te bale w starym stylu, gdzie się bawiono, kochano, czasem mordowano, ale maniery były manierami, a orkiestra wiedziała jak grać i kiedy przestać.romantyczne resentymenty.

  4. Dziewczę moje drogie, gdzież Ty smętność Święta Niepodległości (bo Dzień to mają w Ameryce) widzisz? Byłam wczoraj w okolicach przemarszu, (parady, defilady czy jak to zwał) wojska i rzekłabym, ze wszystko to sympatycznie zorganizowane (że z gigantycznymi korkami to inna sprawa).A Kabaretową Noc Listopadową obejrzeć muszę w końcu w całości. Bo widziałam tylko skecz KMP z pancernymi i zachwyciłam się. Jeżeli reszta podobna było, dobre to widowisko być musiało! 🙂

  5. Mimo, że do dziś wyrzucam sobie wydanie 40zł na „Historię…”, to wczorajsze mi się podobało. Zgadzam się, co do braku Kasi. Bez niej jakoś nawet Przemek łatwiej ujdzie. Po prostu sodówa pani do głowy walnęła i tyleż, moim skromnym zdaniem.Neonówcy byli świetni! Dawno się z nich tak nie uśmiałam, jak podczas „Sondy”. I wydaje mi się, że podczas „Księdza” obaj panowie ostro improwizowali, ale pewności nie mam, bo twórczości tego kabaretu za bardzo nie śledzę. A chyba zacznę.Ani Mru Mru mnie zaskoczyło. Spłakałam się ze śmiechu przy skeczu o uzależnieniach. Naprawdę, dali czadu i chwała im za to. Giełda też była w porządku, choć z lekka nieświeża.Tylko co do piosenki się nie zgodzę. Może to i ładne było, ale nie na piosenkę kabaretową i wyszło tak ni w pięć ni w dziewięć. Młodzi jak zwykle byli dobrzy. Starają się i to widać w skeczach. Z tekstem o pokoleniu też bym polemizowała, ale to temat na inną dyskusję.Nie wiem, jakim cudem taki skład dał radę wysmażyć tak dobry kabareton, ale faktem jest, że im się udało. Szacuken.PS. Co do twojego komentarza u mnie – nie wiem jak, ale pomogło:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *