O takim jednym panu.

Dzień jak każdy. Rozpoczęty od nieprzyzwoicie późnej pobudki pomimo faktu, że położyłam się poprzedniego wieczora (nocy?) jakieś dwie godziny wcześniej. I tak było do momentu, kiedy dopadłam komputera. Bum. Wieść spadła z wysokości na moją dwudziestoletnią głowę.

„Zmarł Maciej Kozłowski, znany aktor teatralny i filmowy”

„Aktor Maciej Kozłowski nie żyje”

„Zmarł aktor Maciej Kozłowski”

Pomyślałam: „No i kurwa stało się”. Okej. Niby chorował i to bynajmniej nie na katar sienny. Ale wydawało się, że da radę. Ludzie z tym potrafią żyć kupę lat, a i zdawało się, że ostatnio było z nim lepiej. Nawet jakby trochę lepiej wyglądał… A tu trzask, prask, przykra niespodzianka. I momentalnie poczułam nie tyle smutek, co jakąś ponurą bezsilność. Czemu? To trochę długa historia. Musimy się cofnąć przynajmniej do roku 2003.

 

Skąd mi się ten Kozłowski wziął, nie pomnę. Stary pamiętnik mówi, że wypatrzyłam go w programie, który się nazywał „Zabawy językiem polskim”. Już nawet nie pamiętam dokładnie, cóż to było za szoł. A może bardziej przez „M jak miłość”? Śmiertelnie miałki, ale już wówczas popularny serial dostał „zastrzyk kopa” w formie nowego, czarnego charakteru. Wszyscy „ci źli” byli tam znacznie ciekawsi od protagonistów, ale ten „świeży” miażdżył ich wszystkich natychmiastowo. Niebanalny, z pokręconym życiorysem i z twarzą 40-letniego uwodziciela. Na samym początku, zaiste, miał co tam grać. I umiał to ogarnąć. Potem jakoś się poturlało. Cosobotnia wycieczka do kafejki, spisanie z Internetu garści ról i jazda szukać, oglądać, zachwycać się. Jakoś najbardziej kojarzy mi się z tym wszystkim oglądanie „Miasta prywatnego” późną nocą w cichym jak makiem zasiał mieszkaniu.

„Kingsajz”. „Psy”. „Ogniem i mieczem”. „Na dobre i na złe” z ukradkiem ocieraną łezką w wakacyjny poranek. „Kiler” – oglądany z kasety wideo u pierwszej przyjaciółki. „E=mc2” – też z kasety, ale samemu któregoś popołudnia. „Balanga” późną nocką. I masa innych. To był taki czas, że każda rólka lubianego pana aktora była wielgachną iskierką radości. Może dlatego z większością powiązały się jakieś istotne uczucia?

Przez te wszystkie role trochę mi się odkręcało. Na plus, myślę. Sporo jego kreacji prowokowało mnie do pisania. I to nie tylko zachwytów, notowanych w starych pamiętnikach. Prowokowało do pierwszych prób scenariuszowych. Albo scenariuszopodobnych. Takim oto sposobem grani przez Kozłowskiego bohaterowie doczekiwali się narzeczonych, nowych perypetii… Czasem nawet sam pan M. dorabiał się nowych ról na papierze, tworzonych z myślą, że kiedyś to rozwinę i dam mu do zagrania. Któż wtedy mógł wiedzieć, że nie zdążę? 53 lata w naszych czasach zdecydowanie nie są wiekiem do umierania.

 

Ostatnio byli „Spadkobiercy”. I ryk śmiechu po każdym kolejnym, wymiatającym innych pod dywan tekście. „Przy twojej wadze jakbyś wsiadł na tą kobyłę, to ona by się popłakała!”. Pierwszy raz od dawna ubawił mnie ktoś z zewnątrz na gościnnym występie. I to jeszcze ktoś, po kim takiej jatki jednak się nie spodziewałam.

 

A tu łup i nie ma człowieka.

 

Nie wiedzieć, czemu jakieś dwa dni wstecz przypomniało mi się, że parę lat temu nagrałam na kasetę magnetofonową wywiad z nim z „Lata z Radiem”. Zaszumiony, zatrzeszczony – niby mieliśmy już nadajnik UKF w okolicy, ale jakoś nigdy moje radyjko nie chciało Jedynki na tych ultrakrótkich falach łapać. Ale zrozumieć się wszystko da. I tam padło z jego ust zdanie niesamowite w swej trafności, które dosyć często do mnie potem wracało: „Nieszczęście nie jest stanem pernamentnym”. Wprawdzie dotyczyło to nie choroby (na którą zresztą chyba wtedy jeszcze nie cierpiał), a kontuzji, w wyniku której miał poważnie uszkodzone kolano, ale „złota myśl” is „złota myśl”. I chyba w tej sytuacji nie przychodzi mi nic innego, jak wziąć to sobie do serca. Czuję się minimum nieciekawie. Odchodzą ludzie, którzy swoją pracą kształtowali mnie na swój sposób. W dodatku niemal wszyscy przedwcześnie. Od chorób albo wypadków tak idiotycznych, że aż wierzyć się nie chce, że mogło do nich dojść. Czyli możnaby rzec, że czuję się podkopana. Bo mi się fundamenta sypią po trochu. I świat późnego dzieciństwa oraz wczesnej młodości niknie bezpowrotnie.

 

Co nie zmienia faktu, że dziewojom, które pod wiadomością o… tym fakcie na facebookowym profilu „Spadkobierców” nastawiały nawiasowych świeczek, miałam i mam ochotę wypruć flaki i okręcić na płocie. O ile nawet w totalnie nie obchodzących mnie kwestiach ten znaczek wywołuje u mnie opór i wewnętrzny protest, tak w kwestii tej konkretnej osoby przypomina mi nacharanie na ciepłego jeszcze trupa. Brutalne to porównanie, ale chyba najbliższe „reperkusji”, jaką odczuwam przy tego typu hucpie. Zresztą zawsze przerażali mnie ludzie, którzy nie umieją się wysłowić i muszą nawet w najbardziej przykrych sytuacjach wyręczać się jakimiś taśmowymi piktogramami. I wiecie, co jest w tym wszystkim najbardziej ironiczne? Że on potrafił się wypowiedzieć. Bardzo ładnie i mądrze. W ogóle każdy wywiad z nim, każda rozmowa sugerowała jednoznacznie, że był gościem, który miał naprawdę poukładane w głowie. A i komputera nigdy nie posiadał. Mówił, że nie potrafi przywiązywać się do gadżetów.

 

 

Chyba w najbliższym czasie nie dokończę tego „Pogranicza w ogniu”…