Trudne dorastanie pana Pignon

Od jakichś trzech lat moje teatralne życie uległo dość sporemu… rozdmuchaniu? Chyba tak to można nazwać. Wrocław (abstrahując od jakości tego, co tam widziałam), Warszawa, Lublin – perspektywa zrobiła się całkiem szeroka. Nowe miejsca, nowe twarze, nowe doznania, w większości przyjemne. Ale nawet w takim kalejdoskopie przeżyć nie należało zapominać o placówce, w której cała ta teatralna przygoda się zaczęła. I wypadało po dłuższej przerwie wreszcie do niej wrócić.

Teatr imienia Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze.

Gdyby ktoś powiedział mojemu 17-letniemu ja, drepczącemu wraz ze szkolnym spędem na „Trans-Atlantyk”, do czego ta cała sytuacja doprowadzi, to by pewnie to młode dziewczę nie uwierzyło. Zresztą chyba nikt nie mógł przewidzieć, jak bardzo gwałtownie się wszystko rozwinie. Niczym w popularnym memie: „Well, that escalated quickly”. Choć z drugiej strony nie należy się oszukiwać – rzucone wtedy ziarno padło na bardzo podatny grunt. Do teatru ciągnęło mnie już od dawna, ale zapatrzona tęsknie, niczym bohaterki rosyjskich sztuk, w stronę stolicy (za pośrednictwem telewizora, ale jednak) nie miałam świadomości, że całkiem ciekawej sceny nie muszę wcale szukać daleko.
Też nie było tak, że zadziała się miłość od pierwszego wejrzenia. Prawie rok wcześniej szkoła posłała nas na „Dożywocie” Fredry. I mimo, że potem na konkurs wysmarowałam recenzję, która – uznana przez kapitułę za „najbardziej (…) oryginalną i szczerą, napisaną z urzekającą werwą i lekkością” – potem przez lata wisiała w całości na stronie teatru… no, jakoś między mną i placówką nie zaiskrzyło. Jeszcze nie teraz. Może to była kwestia spektaklu? „Dożywocie”, choć zrobione dobrze (wręcz „po bożemu”) i przyjemne w oglądaniu, nie należało do inscenizacji ani bardzo emocjonujących ani szczególnie oryginalnych. „Trans-Atlantyk” to co innego. Był znacznie bardziej żywiołowy, wyrazisty, żonglujący adaptacyjnymi pomysłami i trafiający w punkt zawsze aktualną tematyką. Jeżeli dołożymy do tego fakt, iż w zasadzie od zawsze w kwestiach kultury kierowałam się kluczem aktorskim, a w tej inscenizacji znalazły się osoby, które swoją grą bezpardonowo wbiły mi się w tył głowy… Dalszego ciągu można się domyślić.

Zdjęcie Piotra Matygi pożyczone z Wikipedii – jak się okazało, mimo szerokich archiwów własnej fotografii teatru nie posiadam.

W jeleniogórskim teatrze stałam się regularnym gościem. Chłonęłam kolejne przedstawienia, przede wszystkim te grane z sukcesami już od paru ładnych lat. Można powiedzieć, że sporo zaległości nadrobiłam z nawiązką. Wśród tytułów „Na pełnym morzu”, „Wódka z rumem”… Inscenizacje kameralne i jednak proste, jeśli chodzi o zamysł (w pozytywnym znaczeniu tego słowa), ale oddziałujące na widza poprzez aktorstwo – dobre, niekiedy wręcz bardzo. Zostałam utwierdzona w przekonaniu, że spektakl oglądany na żywo to jedna z najlepszych rozrywek, jakie istnieją; że tak zwana kultura „wysoka” wcale nie jest tak wysoko, żeby nie móc do niej sięgnąć; i że teatr Norwida dobrym teatrem jest. Sympatii tej nie zmieniły ani zmiany w zespole czy na afiszu, ani ten trudny okres, kiedy władzę nad Norwidem przejęli nie zawsze młodzi, ale zawsze bardzo gniewni twórcy spod znaku teatru na modłę niemiecką i Nowej Siły Krytycznej. Trudny, ale szczęśliwie stosunkowo krótki, bo nikt nie zaspał przez 10 lat, jak miało to miejsce we Wrocławiu w placówce wiadomej i po niespełna dwóch sezonach teatr zwrócono publiczności.
Okej, przyznaję – możliwym jest bardzo, że w jakimś stopniu mitologizuję okres, który nastąpił potem. Nie wszystkie inscenizacje, jakie wówczas się pojawiły, były jakimiś niewyobrażalnymi arcydziełami. Ale ważne było co innego. Bardzo poważna zmiana atmosfery. Plakaty i ulotki z repertuarem zdobiło hasło: „Odwiedź nas, jesteś naszym specjalnym gościem”. I nie były to tylko czcze słówka. Człowiek naprawdę czuł się tam mile widziany i zapraszany do wspólnego zgłębiania opowiadanych ze sceny historii, a nie traktowany pobłażliwie niczym zło konieczne, bez którego obecności teatr nie mógłby czerpać na swoje eksperymenty z państwowych pieniążków. Efekty tej niewątpliwie dobrej zmiany odczułam szybko. Normalnym sposobem spędzania wolnego weekendowego czasu stały się wyjścia do Norwida, na których pomysł wpadałam tego samego dnia kilka godzin wcześniej. Zaczęłam chodzić na premiery, jeszcze bardziej wkręcając się w teatralną atmosferę wspólnego świętowania. Zobaczyłam spektakle, które zmieniły mój sposób postrzegania aktora, przestrzeni, opowiadania historii w teatrze. Wśród nich widziana rekordową do tej pory ilość razy (bo aż dziewięć) „Kolacja dla głupca” oraz „Novecento” – nadal jedna z najlepszych inscenizacji, jakie przyszło mi oglądać. Nie da się ukryć. Teatr jeleniogórski zeżarł mnie bez reszty i trzymał tak aż do początku studiów, kiedy to spędzanie wszystkich lub większości dni roboczych we Wrocławiu z oczywistych względów utrudniło kontynuowanie tej pasji w dotychczasowej formie.

Faktem jest, że od kiedy tak zwany wielki świat pod postacią stolicy i okolic skusił mnie i wyrwał z ciepłego dolnośląskiego fotela, skoordynowanie dalekich wyjazdów z odwiedzinami w Norwidzie stało się mocno skomplikowane. Ale ktoś bystry pewnie mi wytknie, że wcześniej też od paru lat różnie z tym moim chodzeniem tam bywało. Cóż. Chyba jednak trochę zraziło mnie to, co się działo w teatrze za tej dyrekcji, która nastała po umiłowanym przeze mnie z różnych względów Bogdanie Kocy. Z jednej strony bez większych podstaw znikały moje ulubione inscenizacje, z drugiej w ich miejscu pojawiały się rzeczy, do których za cholerę mnie nie ciągnęło. Niby nie czuło się od nich przykrego zapachu tak zwanego nowoczesnego teatru, ale… Ja wiem, że pod tym wszystkim może dałoby się odnaleźć perełki. Nawet faktycznie jedną znalazłam, pod postacią „Męża mojej żony”. Ale taka powierzchowność, w połączeniu z garścią mało sympatycznych sytuacji pozascenicznych, jakie w tamtym czasie zaistniały, nie budziła chęci regularnego bywania i namiętnego śledzenia repertuarów. Jednak w końcu na dyrektorskim fotelu znów doszło do zmian personalnych, na afiszach też przetasowanie, zaś ja po rozlicznych podróżach za spektaklami granymi gdzieś w Polsce poczułam, że moje teatralne korzenie dość głośno dopominają się o choćby najmniejszy powrót do nich. Idealną szansą na to okazała się być nowa inscenizacja Teatru Norwida – „Najdroższy”.

Znowu Francis Veber. Znów Francois Pignon. Ponownie o twarzy Piotra Konieczyńskiego. Tylko reżyser inny. I scena.

Jako że zapowiadany od dawna remont budynku teatru w czerwcu 2017 stał się faktem, cała najbardziej metaforycznie ujęta machina teatralna przeniosła się do budynku kina Grand. Miejscowi mogą poironizować, że wreszcie się ten przybytek na coś przydaje – do tej pory na mapie jeleniogórskich kin to konkretne zasłynęło głównie ciasnotą i kiepskim nagłośnieniem. Faktem jest, że w momencie przejęcia sali przez teatr liczba miejsc w Jeleniej, w których można obejrzeć filmy za pieniądze i które nie są sieciówkami, zmniejszyła się do jednego, ale… Chyba to dla Norwida było jedyne w miarę sensowne rozwiązanie. Bo gdzie indziej mieliby się podziać? W malutkim Teatrze Zdrojowym? W niewiele większym od niego Jeleniogórskim Centrum Kultury? Może ewentualnie w kinie Lot, tym największym w mieście, ale jak można się domyślić tej ostatniej placówce wyłączenie się na co najmniej rok zupełnie by się nie opłacało.

Ktoś może powiedzieć, że ten wstęp taki trochę nie wiadomo po co. Ale chyba daje dość dobry ogląd sytuacji, w której i teatr i widzowie zaczynają sezon w zupełnie nowym miejscu. Zresztą dość sprytnie przez realizatorów wykorzystanym. Zapomina się na te parę chwil, że to nie teatr, a odpowiednio urządzona sala kinowa.

Pignona – ulubionego bohatera pana Vebera – widywaliśmy w różnych rolach i sytuacjach. Był już urzędnikiem podatkowym, przypadkiem wciągniętym w życie osobiste wrednego wydawcy w „Kolacji dla głupca” i fotografem rywalizującym z zawodowym zabójcą o dorwanie świadka koronnego w „Zakale”. Zawsze po rozwodzie, zawsze trochę – za przeproszeniem – życiowo w dupie, choć z pewną dozą optymizmu. Podobnie jest i w „Najdroższym”. Tutaj jako bezrobotny (bo studiował prawo, ale nie skończył) zarobkowo pilnuje niegustownie, ale kosztownie urządzonego mieszkania nieprzyzwoicie bogatego pana Jonville, który w domu właściwie nie bywa, woląc podróżować po świecie. Olewają go wszyscy: była żona (no, chyba, że przypomni sobie o alimentach), przyjaciel ze studiów, bywająca czasem w apartamencie stylistka wnętrz. A przecież nikt nie lubi być traktowany jak powietrze, prawda? Dlatego Pignon pozwala sobie – pod wpływem okoliczności oczywiście – na małe kłamstwo, które sprawi, że momentalnie stanie się dla wszystkich najlepszą możliwą partią…

Zdjęcie pożyczone ze strony teatru.

Choć mimo wspólnego protagonisty sztuk Vebera nie łączy żadna ciągłość fabularna, trudno jest przy znajomości wszystkich trzech jeleniogórskich realizacji jego tekstów nie poczuć tego, jak mimowolnie stworzyły historię swoistego trudnego dorastania pana Pignon. Zaczyna od (upraszczając) miłego i prostodusznego głuptaska w „Kolacji…”, potem nieco hardzieje w „Zakale”, żeby w „Najdroższym” stać się człowiekiem świadomym faktu, że jeśli ma się miękkie serce, to trzeba mieć też twardą dupę. W podobny sposób zmienia się świat wokół niego. O ile w poprzednich sztukach pozostali bohaterowie nawet mając różne wady (jak to w komedii) dawali się polubić, o tyle tutaj ma się wrażenie, że nieszczęsnego Francois otaczają same nieprzyjemne, interesowne typy. Koniec jakiejkolwiek niewinności, której jakieś ślady jednak do tej pory dawało się odnaleźć w veberowych tekstach. I to nie tylko dlatego, że w „Najdroższym” dostajemy o wiele więcej typowo „dorosłej” tematyki ze sporą dawką seksu (pozascenicznego, ale jednak) włącznie w sytuacji, gdy we wcześniejszych sztukach takie wątki przewijały się w subtelniejszy sposób. Z jednej strony taki rozwój – niezależnie od tego, czy patrzymy na ów domniemany progres bohatera, czy na zainteresowania autora – wydaje się dość naturalny. Ale z drugiej… Tak czysto po ludzku chyba wolałam tego wczesnego Francoisa.

Pieniądz zmienia perspektywę: wersja komediowo dosadna. Tak dałoby się podsumować fabułę tej odsłony przygód Pignona. Niestety fabularnie „Najdroższy” nie umywa się jednak do „Kolacji…” czy „Zakały”. Intryga jest mniej ciekawa, postaci – nie tak wyraziste jak zazwyczaj, a i dość nieładne rozwiązanie typu deus ex machina się trafia. Gdyby była to sztuka napisana wcześniej niż tamte, można by było zrzucić te wady na karb braku doświadczenia autora. Tylko, że… „Najdroższy” jest najnowszy. Nie rozumiem za bardzo, jak po tak świetnie skonstruowanych historiach można było do tego stopnia obniżyć loty. Rzecz jasna nie oznacza to, że mamy tu do czynienia z jakimś strasznym gniotem. Przyzwoity poziom zostaje zachowany. Ale po prostu mając w pamięci poprzednie realizacje, człowiek oczekiwał od Vebera czegoś więcej. Niestety lub stety, apetyt odbiorcy rośnie w miarę jedzenia i każdy twórca, któremu udało się osiągnąć sukces jakimś dziełem, powinien mieć tego świadomość.

Słabości tekstu jednak potrafią czasem umknąć, gdy człowiek skupia się na działaniach aktorów. Bo to trzeba przyznać – obsada jest w większości udana. Nie tylko dlatego, że sporo tu twarzy znanych z poprzednich realizacji tekstów Vebera. Również „nowicjusze” – świeży narybek, który pojawił się w zespole teatru od czasu premiery „Zakały” – radzą sobie z nierzadko niezbyt wyszukanym (przynajmniej w porównaniu do wcześniejszych sztuk) materiałem. Tak więc dostajemy w efekcie chociażby Martę Kędziorę i Magdalenę Kępińską jako dwie różne twarze tego samego typu roszczeniowej osobowości – pseudoartystowską i silącą się na wyszukanie oraz prostą, wręcz ordynarną i (przepysznie zresztą) „karynowatą”. Albo Jacka Grondowego, uwielbianego w kreacjach ludzi dobrych i swojskich, dla odmiany tym razem w roli pretensjonalnego, mocno śliskiego typka, od którego nieszczerością śmierdzi na kilometr od samego początku. No i dwóch Bogusławów: Kudłek w gruncie rzeczy sympatycznie odmalowuje postać neurotyka usiłującego udowodnić całemu światu, jaki jest ważny ze względu na piastowane stanowisko, zaś Siwko rozgrywa nieco odwrotny proces, prezentując bohatera o pozorach miłego wujaszka, który koniec końców wcale taki fajny nie jest. Trzeba powyższym oddać honor, że dość nieskomplikowane charaktery wypełnili wiarygodnymi emocjami i zachowaniami. I to na tyle skutecznie, że indywidua, które – nie oszukujmy się – na papierze na dłuższą metę należą do tych z gatunku „ni ziębi ni grzeje”, na scenie budziły w widzach ewidentne odczucia. W granicach prawideł komedii oczywiście.

Po trzykroć Pignon – zdjęcia autorstwa Marcina Olivy Soto z „Kolacji dla głupca” i Janusza Jaremena z „Zakały” ze starej strony teatru, zdjęcie Przemka Kaczałki z „Najdroższego” z portalu Jelonka.com.

Ale nie da się nie zauważyć, że gwiazda może tu być tylko jedna. Piotr Konieczyński jako Pignon. Skarb narodowy, który chronić należy za wszelką cenę.
Tylko osoba, która nie doświadczyła tego zjawiska na żywo, może w tym momencie uznać, że przesadzam. Za to każdy, kto choć raz był obecny na którejkolwiek realizacji fars Vebera w jeleniogórskim teatrze, wie – tak jest, nie zmyślam! Nie chodzi tylko o to, że niezależnie od poziomu całej sztuki Pignon pozostaje zawsze postacią najciekawszą i najlepiej nakreśloną. Równie ważne, jeśli nawet nie ważniejsze, jest to, czym aktor tę literacką podstawę wypełnia. A żeby to zrozumieć, trzeba wyjść poza „Najdroższego” i cofnąć się w czasie do poprzednich veberowych inscenizacji. Osiem lat temu, przy okazji premiery „Kolacji dla głupca”, stwierdziłam w blogowej notce, że pan Konieczyński „wydawał się być wprost stworzony do tej roli”. Dlaczego? Bo umiejętnie oddawał niejednoznaczność tego bohatera. Nie był jedynie tytułowym głupcem, czy bardziej głuptasem, wyrażającym swoje uczucia w bardzo ekspresyjny jak na przyjęte powszechnie normy sposób. Przekonująco pokazywał to, co za tą fasadą się kryło. Bezinteresownego, troskliwego, logicznego, choć nieporadnego w swych działaniach człowieka. A wszystko grał na sto procent. Bez cienia fałszu. Rozśmieszając albo wzruszając widzów w zależności od potrzeb. Pignon jak żywy. Do autentycznego pokochania mimo swoich wad. W „Zakale” dwa lata później sprawy się miały podobnie, chociaż mniej już było we Francoisie miłego, nieco naiwnego faceta. Trudno się dziwić – bo czy człowiek, który tym razem, zamiast zaleczyć złamane rozwodem serce sklejaniem modeli, decyduje się na próbę samobójczą, może nadal być beztroski? Tu po raz kolejny objawiła się wielkość pana Konieczyńskiego. Subtelnymi środkami potrafił zasygnalizować taką nieuniknioną zmianę w charakterze postaci, osadzonej w całkiem innych przecież okolicznościach – o wiele bardziej nieprzychylnych i niosących ze sobą poważniejsze konsekwencje. Aczkolwiek pocieszny rdzeń osobowości pozostawał ten sam: ta budząca zarówno rozczulenie, jak i śmiech, urocza nieskładność, kontrastująca z przyziemnym, wyjątkowo trzeźwym rozumowaniem.

W „Najdroższym”, mimo że u innego reżysera, mamy konsekwentną kontynuację niemal wszystkiego, co powyżej. Piszę „niemal”, bo (jak w poprzednich akapitach opisałam) po raz kolejny zmienia się całe otoczenie i położenie bohatera. Mniej jest tego dobrego serca – ale czy i jest komu je okazywać? To samo z czystymi intencjami. Wprawdzie już w „Zakale” trochę się ubrudziły, lecz tutaj mocniej daje się to odczuć. Pignon do tej pory mniej lub bardziej zajmował się innymi. Teraz przyszła pora, aby zatroszczył się wreszcie o samego siebie. Ale pozostaje przy tym tak uroczy, że z marszu wybacza mu się ten (w sumie wcale nie tak nagły) egoizm. Wszystkie inne niedoskonałości również. I to nawet przy nieznajomości jego wcześniejszych scenicznych przygód. Po prostu od razu się czuje, że ten cały Francois to w sumie fajny chłopak, tylko życie i ludzie go przeorali stanowczo za mocno. To, że widzowie z marszu biorą stronę bohatera, a potem kibicują mu w jego działaniach – przecież nie zawsze będących do końca fair – również uważam za zasługę grającego go aktora. Bo nie mam przekonania, czy bez tych wszystkich emocji, które wpakował w Pignona, w ogóle protagonistę „Najdroższego” uznalibyśmy za kogoś godnego naszego wsparcia i uwagi. Bez każdego rozkosznego niuansu, kolejnej kreseczki na rysunku wychodzącym daleko poza ramy farsy, komedii bulwarowej czy jak to tam sobie nazwiemy. Bez subtelnego wpędzania nas w przekonanie, że Konieczyński Pignona wcale nie gra, a po prostu przez te prawie dwie godziny nim jest. Bo jakby nie patrzeć, sama w sobie „osoba dramatu”, choćby i najlepiej napisana, pozbawiona odpowiedniego wczucia się i emocjonalności ze strony aktora będzie tylko kawałkiem papieru. Albo czymś równie cienkim i obojętnym. Tutaj nie mam żadnych wątpliwości, że pewien skądinąd bardzo sympatyczny jeleniogórzanin pewnego chaotycznego Francuza rozumie doskonale.

Po prostu Piotr Konieczyński jako Francois Pignon jest tym tytułowym najdroższym. Absolutnie. W każdym możliwym aspekcie.

Zdjęcie Przemka Kaczałki, ponownie z portalu Jelonka.com.

Choć miejsce trochę inne, choć sztuka nie do końca taka, jak te kiedyś oglądane, dość… niezwykle było powrócić na stare śmieci i zobaczyć, że okej, czas płynie, ale pewne rzeczy, które się szanowało, pozostają w pozytywny sposób niezmienne. Rzeczy ważne – czyli podstawy myślenia o teatrze, na których wyrastałam lata temu. Może nie stawiające na rozbuchanie czy efektowność/efekciarstwo ani nie szarpiące biednym widzem na prawo i lewo. Ale optujące za przemawianiem do niego z szacunkiem i sympatią. Nieważne, czy na scenie wystawiana jest klasyka dramatu, czy współczesna komedia. Dobrze było spędzić tamten wrześniowy wieczór w takim troszkę nostalgicznym, przyjaznym nastroju, w teatrze znów nadzwyczajnym w swojej prostocie. Może właśnie tego w tym momencie było mi najbardziej potrzeba. Albo po prostu co jakiś czas trzeba się jakoś tak teatralnie „zresetować”, zrobić sobie małe „back to the basics”. Ten motyw przewija się u mnie jak bumerang, ale jakby nie patrzeć działa – mogę wędrować po szerokim świecie, ale najbardziej liczy się świadomość, że zawsze jest opcja powrotu do miejsca, w którym ludzie, których szanuję, robią to, co należy.

Nawet, jeśli tego typu comebacki do Teatru Norwida urządzam sobie stanowczo zbyt rzadko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *