Na starych letnich śmieciach

Powiem wam, że nie mam bladego pojęcia, jakim cudem przeżyłam całe pięć lat bez porządnych wakacji. No po prostu… nie wiem. I to nie tak, żebym nie chciała czy tam nie miała czasu. Życie jest bezlitosne i mało w nim rzeczy da się zrealizować bez pieniędzy. Jak to mawiają: „hajs się musi zgadzać”. Na taki nawet tygodniowy wyjazd trochę go potrzeba. Bardzo trochę. A zawsze się okazywało, że coś nagle wypadło i złotówki należało zainwestować gdzie indziej. Ale w końcu uparłam się, w dodatku odpowiednio wcześnie… i wyszło. Przy okazji odkryłam, że niby polskie morze takie niepopularne, zimne, pogoda zła i w ogóle, ale na początku czerwca innych miejsc niż na pierwsze tygodnie lipca już nie uświadczysz. Takie czary mary.

Nie ma chyba sensu, żebym – jak za dawnych czasów – opisywała krok po kroczku i ze szczegółami absolutnie wszystko, co się działo. Też dlatego, że pchana tradycyjnym niekończącym się tunelem nostalgii zdecydowałam się na powrót do miejsca, w którym już zdarzyło mi się wakacjować. Do Władysławowa. Po trosze z ciekawości, ile tam się zmieniło, ale głównie chcąc znaleźć na miejscu chociaż część klimatu lata 2010. Od początku wiedziałam, że to będą bezskuteczne poszukiwania, ale co szkodziło spróbować. I tak gdyby nie tu, to skończyłabym w tym roku albo w Łebie albo w Ustce. Czytaj w innych miejscach, gdzie też już kiedyś byłam.

To będą spostrzeżenia. Krótsze, dłuższe, być może notorycznie podszyte pewną dozą złośliwości. Nie wiem, czy to zaleta czy wada. Na pewno znak czasu. Chyba.

Niedziela (5.07.) plus noc z niedzieli na poniedziałek:
* PKP przez ten czas zdało się ucywilizować – bez miejscówek ani rusz. Ale kiedy dostajesz rezerwacje na miejsca w przedziale, który okazuje się być konduktorskim… no cóż. Tyle wygrać. I to dosłownie, bo pan konduktor stwierdził, że skoro nam takie sprzedano, to nie my mamy problem i resztę drogi do Gdyni spędziłam radośnie rozwalona na całej długości siedzenia ze słuchawkami na uszach.
* Właśnie, apropos słuchawek. Ze względu na moją nową falę sympatii do polskich aktorów… okej, już nie taką nową, ale ciii, przeprosiłam się powolutku z takim medium jak słuchowiska i od pewnego czasu dość namiętnie je obrabiam. Może kiedyś poświęcę tu więcej miejsca co smaczniejszym tytułom (ja naprawdę reaktywuję „Dzienniczek bardzo pop”, obiecuję!). Na razie skłonię się ku nieco innemu aspektowi tej zabawy, a mianowicie całkiem fajnemu pomysłowi, żeby na odtwarzacz mp3, którego niedawno zdążyłam się dorobić, obok ulubionej muzyki władować parę radiowych spektakli. Tak na drogę, żeby się nie nudzić. W praktyce podczas jazdy do Władysławowa skończyło to się tym, że obrobiłam jedynie „Tango”, a i to nawet nie w całości. Bo… no cóż. Nie wiem, czy wersja Teatru TV z absolutnie uroczym młodym Piotrem Adamczykiem była po prostu lepiej zrobiona (i miała Martę Lipińską, hehe), czy o coś innego się rozchodzi, ale tutaj, w adaptacji dźwiękowej, ten tekst zaczyna tak makabrycznie szeleścić papierem, że aż boli. Nie oszukujmy się, ten kawałek Mrożka – podobnie jak zresztą chyba większość jego najpopularniejszych dramatów – ma bardzo niewiele wspólnego z uniwersalnością, która to cecha na przestrzeni lat i mojego teatralnego dorastania stała się dla mnie tą najistotniejszą, ale skoro gdzieś, kiedyś, komuś udało się nawet taki „Portret” odrzeć niemal kompletnie z polityczno-zaangażowanego kontekstu, to tym bardziej i „Tango” się da. Tylko, że tutaj… chyba się komuś nie chciało. Przy takiej obsadzie. Przy Michnikowskim, Krafftównej, Wysockim, Wardejnie, młodym (he he he) Benoit, Barszczewskiej, pani Perchuć. I przede wszystkim – oczywiście! – przy Marcinie Przybylskim, który tekst Artura sprzedaje na tyle udanie, że chociaż ten bohater pozostaje histerycznym gówniarzem, to zaczyna mieć trochę wdzięku. Nic to nie pomogło, zasnęłam gdzieś w trakcie trzeciego aktu, przebudzając się na moment tylko przy śmierci Artura i potem przy wyczytywaniu obsady. Chyba nie o to chodziło.

Poniedziałek (6.07.):
* Władysławowo przywitało mnie widokiem skądinąd zabawnym – w mieszkaniu na piętrze budynku dworca na balkonie ktoś pozostawił śniadanie. Talerz, obok butelki z keczupem, musztardą i innymi takimi. A przy talerzu siedzi wielka mewa i wpieprza. Well.
* Zawsze, kiedy przyjeżdżam nad morze, to musi lać. Wtedy, kiedy trzeba od razu wyjść i zrobić wszystkie podstawowe sprawunki, to też. Ale kiedy już wracam z zakupów na kwaterę, to przestaje. Kuźwa.
* Za to jak już pogoda się poprawi, to zawsze przeginam z chodzeniem po mieście i potem na wieczór umieram.
* Nadal daję radę w Tekkena. Chociaż wyżej trzeciego pojedynku nie podskoczę.
* Z serii lokalnych specjałów – Władek. Czyli bardzo łebskie piwo. Przez cały tydzień przetestowałam wszystkie rodzaje. Lemon niepodzielnie rządzi.
* Jeśli na kwaterze jest telewizor, to możesz mieć nawet kilkanaście kanałów, a i tak koniec końców z racji sezonu ogórkowego okaże się, że najatrakcyjniejszą propozycją jest „Dom nad rozlewiskiem” czy tam inna jego mutacja. Szczęśliwie zawsze można trafić na odcinek, w którym niejaką Kaśkę ksywa Powiedz „Tak!” Jeszcze Raz A Skręcę Ci Kark przejeżdża samochód, więc śladowe ilości satysfakcji zostają.
(No i dobra. Nie oszukujmy się. Przez Kasprzykowskiego nie takie gówno się oglądało.)

Wtorek (7.07.):
* Myślałam, że tym razem uniknę mojego stałego, wyjazdowego błędu i nie spalę się na raka w przeciągu pierwszych kilku dni. Prawie mi się udało. Prawie.
* W dzieciństwie nie wysiedziałabym w jednym pomieszczeniu z pająkiem dłużej niż 2 minuty. W dorosłym życiu już drugi raz z entuzjazmem obeszłam całą ich wystawę. Nie wiem, jak to interpretować.
* Wpuszczanie mnie do portu jest o tyle niebezpieczne, że mogę zupełnie mimochodem zacząć sypać czarnym morskim humorem. Raczej mało zrozumiałym dla niewtajemniczonych. Bo ile osób na sali załapie teksty typu, że każda nazwa kutra Wła-cośtam jest lepsza niż Łeb-30, gwiazdobloki przynoszą śmieeeerć, a Gdańsk jest bardziej fartowny niż Wrocław? („Kapitan schodzi ostatni” Henryka Mąki, gorąco polecam.)
* Aha, skoro mowa o porcie – „Michaś” już tam nie stoi :c
* Z serii spostrzeżeń dzieci: „gołębie tam daleko”, czyli mewy i „dom jechany”, czyli przyczepa campingowa <3
* Władysławowo to niby nadmorski kurort, a dość szybko doszłam do wniosku, że prędzej zapuszczę futro na klacie niźli znajdę gdzieś upragniony srebrny wisiorek w kształcie kotwicy. Pozdro dla kumatych.

Środa (8.07.):
* Stały poranny seans do śniadania – najpierw „Awantura o kasę” (ŻÓŁCI VA BANQUE!), potem prehistoryczne wręcz odcinki „Plebanii”. A w tych ostatnich życiowe mądrości Romusia Borosiuka: na wyprawę zawsze zabieraj ze sobą świeczki, bo „świeczki są bardzo dobre na ciemność” <3
* Pogoda według prognoz miała się nagle makabrycznie zepsuć (ot, szczęście…), a wcale tak nie było. Well, nie aż tak bardzo. Teoretycznie żyjemy w XXI wieku, a wychodzi na to, że i tak nie warto ufać meteorologom.
* Ośrodek w Cetniewie nadal śliczny i zadbany… bo nadal zamykają bramy na noc.
* Wstyd, wstyd straszny, ale poprzednim razem zupełnie nie odnotowałam faktu, że Władysławowo ma muzeum i to całkiem fajne. Wprawdzie rozmiarami nie powala, ale jak to mawiają czasami nie liczy się rozmiar, a sposób użycia. „Hallerówkę” polecam i pozdrawiam.
* Nadal potrafię zakasować przeciwników w cymbergaja. Bójcie się.
* … a i tak okazuje się, że priorytetem jest dla mnie bratanie się z kotem sąsiadów. No co. Sam zaczął.

Czwartek (9.07.):
* Okazało się, że panie i panowie od pogody mieli trochę racji i dzień później, ale aura się zepsuła doszczętnie. Moje samopoczucie idealnie się ztimingowało i popsuło się również, więc chociaż tyle dobrego, że nie musiałam płakać nad straconym słonecznym dniem.
* A kiedy mimo silnego postanowienia, że robisz sobie urlop również od Internetu, odkrywasz uroki Fejsbuka w telefonie i fakt, iż na twoim prawie 10-letnim złomie on w ogóle działa… to znaczy, że faktycznie pogoda się zesrała.

Piątek (10.07.):
* Złota myśl z ciężkiego życia fangirlsy: „Kiedy trafiasz na serial, w którym pies mówi głosem twojego ulubionego aktora, to niezawodny sygnał, że należy trzymać cię z dala od Disney Channel”.
* Jeśli jesteś we Władysławowie, koniecznie musisz zaliczyć swoją hajłej tu Hel. I nie ma, że zimno, pizga, piasek chrzęści w zębach, najfajniejsze muzeum zamknięte z powodu remontu, a podmiejski pociąg pełen wrzeszczących bachorów wystawia twoją cierpliwość na najcięższą próbę. Trzeba obejść cypel z bunkrami, port i fokarium, zwłaszcza że pomimo trafienia do tego ostatniego poza godzinami karmienia ma się dwa razy większą szansę na zobaczenie zwierzęcych lokatorów. Serdecznie dziękuję akurat trwającej renowacji drugiego basenu 😀

Sobota (11.07.):
* Pobyt we Władysławowie bez wizyty w Domu Rybaka to nie pobyt we Władysławowie. Bez zaliczenia tarasu widokowego i wystawy motyli to po prostu nie to.
* I w tym momencie będzie jedyny chyba dłuższy akapit. Bo KABARETON! <3 Ze mną już tak jest. Nie mogę nigdzie wyjechać, by nie trafić na jakąś kulturalną imprezę 😛 A tak na poważnie. To nie była wesoła sytuacja z tych, jakie kiedyś się zdarzały, że termin wyjazdu ustawiało się między innymi tak, by na czas pobytu trafił się jakiś występ kabaretowy. Nie oszukujmy się, za każdym razem chodziło o Neonów – wszak mam tylko kilka takich ekip, za którymi pojechałabym na przysłowiowy koniec świata. No, ale cóż, teraz terminarz żadnej z nich nie przewidywał rozważanych przeze mnie nadmorskich okolic, więc nie zakładałam kabaretowej zabawy na miejscu. Aż do momentu, kiedy natknęłam się w mieście na odpowiedni plakat… Andrzej Grabowski, OT.TO, Noc i Grzegorz Halama. Może to nie była aż tak obezwładniająco atrakcyjna opcja jak Ziobro, KSM, Rak i Neo-Nówka pięć lat wcześniej, ale wciąż nienajgorsza, zwłaszcza, że odrobina OT.TOnów na żywo jest zawsze okej. Poza tym zawsze jakiś pretekst do wyjścia wieczorem z domu i skład lepszy od Mazurskiej w TV (musiałam cisnąć tym tekstem, sorry :P).
No i cóż. Bawiłam się wcale nieźle. Grabowski wbrew obiegowym opiniom dawał radę, chociaż to nie był poziom jego najpopularniejszych monologów typu historie o spa czy o jednej małej wódeczce. OT.TO jednak bardziej mnie uradowało, ale to wiadomo. Ich to można łyżkami jeść i nigdy się nie znudzić. A usłyszeć na żywo, w środku urlopu, „Wakacje” i „To już lato”… marzenie! Wprawdzie jako elementy miksu wakacyjnych przebojów wszelkich, ale nadal. Piosenkę „dżenderową” w sumie też fajnie znowu obczaić (nawet, jeśli bez spódniczek :D). Albo inną, o tym, co mogą robić tacy 50-latkowie jak oni. Po prostu czysty ubaw. No, ale każdy, kto ich zna, ten wie… Kabaret Noc z kolei skojarzyłam dopiero po chwili (Ryjek, ostatni Ryjek, mili państwo), ale muszę przyznać, że zgodnie z pokładanymi wtedy w nich nadziejami „w terenie” okazali się być naprawdę nieźli. Sporo humoru obyczajowego, fajnych skojarzeń, wszystko dość klasyczne w formie… I skecz o szkole miażdżył mocno. Lubię to. Lubię bardzo. Nic dziwnego, że na rzucone przy ukłonach ze sceny hasło „mamy Fejsbuka” ukradkiem wygrzebałam telefon z kieszeni spodni. (Humor mi delikatnie się zepsuł dopiero potem, gdy po pobieżnym obadaniu ich fanpejdża zorientowałam się, kto im fanuje… Ludzie, których w danych środowiskach najbardziej nie znosisz, zawsze będą się pętać tam, gdzie ty. That’s the rule.) A na koniec Grzesiek Halama z nieodłącznym Jarkiem Jarosem u boku. Z jednej strony znowu trochę powiało ostatnim Kabaretobraniem, bo i pan Józek z kuchennymi rewolucjami i piosenka o sławie, ale w sumie to nic złego, bo skoro do dobrych numerów przyjemnie się wraca… Do tego song o ochroniarzu, piosenka Jarka i trochę monologowego drobiazgu. Pomarudzić mogę tylko na ogólne warunki występu. Okej, rozumiem, że przy niesprzyjających prognozach organizatorzy na wszelki wypadek woleli przenieść całą imprezę ze sceny na powietrzu do namiotu Multikina i kiedy w ostatniej chwili okazało się, że jednak wiatr nas nie porwie, trzeba było z braku czasu już tak to zostawić. Ale… no dobra, nie ma co się oszukiwać, to nie jest klimat sławetnych namiotów Żywca czy podobnych miejscówek. Ogólna formalność, zakaz robienia zdjęć, a i kiedy kabareton dobiegł końca, trzeba było szybko wychodzić, bo zaraz będzie wieczorny seans. Cytując Mumio: „Nie o to, nie o to, nie o to”.

Niedziela (12.07.):
* Spotkanie z Dommelem (które absolutnie musiało się odbyć – wszak Władysławowo) zaowocowało wieloma interesującymi spostrzeżeniami, z których tylko trzy nadają się do przytoczenia publicznie: w kurortach jest za mało miejsc, w których można płacić kartą, słomiane podkładki na stół to zło dla łokci, a napisy „I love Władek” na gadżetach wcale nie oznaczają tego, o czym wszyscy myślicie. Ponownie pozdrawiam zorientowanych w temacie 😀

Poniedziałek (13.07.):
* Kiedy już nadejdzie ten dzień, gdy musisz zbierać manaty i wyjeżdżać, to zawsze pozostający ci czas wypełnisz ponownym obwąchiwaniem tych starych kątów, których z jakiegoś powodu nie zdążyłeś zaliczyć wcześniej. Oczywiście przy okazji jeszcze raz obłażąc te wszystkie obchodzone od tygodnia. Bo tak.
* Zrobienie w tego typu miejscowości parku pełnego figur morskich stworów naturalnej wielkości – niby prosty pomysł, ale marketingowo w dychę. I wcale nie spędzasz tam potem całych godzin, obfotografowując wszystko i siebie na tle wszystkiego.
* To uczucie żalu, kiedy już w pociągu okazuje się, że teoretycznie naładowana na maks bateria w mp3-ce zdycha ci w środku drogi. Szczęśliwie pozwalając ci wcześniej na zrobienie króciutkiego, półgodzinnego słuchowiska.

Tak to mniej więcej wyglądały moje nadmorskie wakacje. Ot, chyba jednak trochę spoważniałe. I nawet pamiątek dużo nie zwiozłam, bo albo brzydkie albo akuratne raczej dla mojego 13-letniego ja. Bo cóż. Temperówka z fokarium, bo niedroga i lubię temperówki. Pocztówek parę. Drobiazgi dla rodziny. I tradycyjnie kupka książek wyłowionych na kiermaszach, bo zawsze trafiasz na tytuły, których bezwzględnie potrzebujesz, koniec, kropka. Miałam też ambitny plan zakupienia jednej z tych modnych koszulek z Małą Mi i ironicznymi tekstami, konkretniej modelu z frazą: „To, że się do ciebie uśmiecham wcale nie musi oznaczać, że cię lubię. Mogę na przykład wyobrażać sobie, że stoisz w płomieniach”. Niestety widziałam ją raz gdzieś na początku urlopu, żeby potem już nie znaleźć. Kolejna nauczka na przyszłość, żeby pewne rzeczy brać od razu.

No i tego. Wypoczęłam, pozwiedzałam, nabrałam nowych doświadczeń, teraz można wrócić do siebie i spędzić resztę wakacji na… byczeniu się. Biorąc pod uwagę, że niemal do samego wyjazdu męczyłam pierwszy rozdział mojej magisterki, należy mi się. A co!
Dobra. Pewnie w ramach tego nicnierobienia uda mi się upchnąć sporo rzeczy leżących od początku lata trochę odłogiem. Czy wliczę w to garść częstszych notek tutaj? Nie mogę tego wykluczyć 😀

2 myśli na temat “Na starych letnich śmieciach”

  1. Nom, wakacje są fajne, tylko łatwo się od nich odzwyczaić 🙂 Ja sama byłam na początku lipca parę dni w Kołobrzegu – pierwszy raz od nie wiem już sama kiedy nad morzem (a jeśli chodzi o wyjazdy plenerowe, właściwie tylko morza mnie interesują).

    „A przy talerzu siedzi wielka mewa i wpieprza. Well.”
    Nie wiem, jak to wyglądało, ale i tak twój opis musi być co najmniej równie dobry, heehehhehee XD

    O, telewizja. Intrygujące, że ja nad tym Kołobrzegiem oglądałam z kolegą „Obcego” na Polsacie. Nigdy nie oglądał wcześniej. Naprawdę.
    Ale nie, to nie był ten „Obcy” z sama-wiesz-kim X)

    Ło ja cie, lubisz „Awanturę o kasę”? Jak ja kiedyś przy tym głupiałam :3 Szkoda, że raz z pewnymi, paromiesięcznymi mistrzami, nagle cosik się wszystko rozjechało. Nigdy nie pojmę, czy to był mój problem czy ich.

    Meteorologia to zuooo. Z doświadczenia wiem, że ich „prognozy” sprawdzają się tylko dla Warszawy. Ewentualnie dla Krakowa, bo niektórzy Warszawiacy również zaliczają to miasto do swojego kraju.
    W tym przypadku musieli mieć szczęście, probablistyka dopisała 😀

    Ooo, pamiątki! A naparstek był, był? :3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *