To nie był film

Możecie mi mówić per ‚szanowna pani masochistka’. Albo ewentualnie ‚sentymentalna stara baba’. No naprawdę. Bo jak inaczej nazwać kogoś, kto wpakował się znowu w oglądanie imprezy, co do której nie miał już krzty nadziei na cokolwiek, a już na pewno nie na jej dawny poziom? A ja znowu się na tym przyłapuję. I znowu mam wymówkę. Bo to Kabaretowa Noc Listopadowa, bo to była kiedyś moja ulubiona impreza typu kabareton, bo cośtam, bo coś. Cała ja, słowo daję.

Zaczęło się ładnie, bo początkowa piosenka mnie ujęła. Oczywiście rzędem całkiem ładnych wejść kabareciarzy w rolach różnych kultowych postaci z polskiego kina. Okazja, żeby na dzień dobry popatrzeć sobie na Magdę Stużyńską i Mikołaja Cieślaka w duecie też była fajna. To aktorstwo, ach, to aktorstwo! Bijcie zabijcie, ale tej kobity będę bronić przed psychofanami Pakosy kłami i pazurami przy każdej możliwej okazji. Szkoda tylko, że w kwestii całokształtu skeczu nie mogę być aż tak entuzjastyczna, że o puencie już wspominać nie będę… Było potem jeszcze trochę rzeczy, na które się podobnie skrzywiłam. Smajle nie porwali mnie – jak zwykle, chciałoby się rzec. Skecz chłopaków z kabaretu Chyba nie wrył się zbyt w pamięć. Mruczaki niby mieli fajny numer o wieczorze kawalerskim, ale jakoś tak… ni cholery nie pasował mi do całości. Nie tematycznie, bardziej klimatem. No i Moralni parodiujący Bee Geesów – kawałek stary jak świat – powrócili do mnie niczym koszmar minionego lata. Tak, ja nigdy nie lubiłam ten piosenki. A tutaj taki nagły, nie uzasadniony za bardzo zwrot do archiwaliów zakrawał na zwykłą zapchajdziurę.
Konwencja niby bardzo fajna i – co ważne – wszystko się jej pi razy oko trzymało, ale nie da się ukryć, że część dowcipów filmowych we wstawkach między skeczami była w mniejszym lub większym stopniu oparta na stereotypach. Wiecie, że jak casting do polskiego filmu, to Adamczyk z Karolakiem przyszli albo że „Kac Wawa”, „Wyjazd integracyjny” i takie tam… No ha ha ha, strasznie zabawne. A można było bez. Dajmy na to Nowaki w ‚trailerze filmu katastroficznego’ też ruszyli schematy, ale takie faktycznie istniejące, gatunkowo-fabularne i zabawili się nimi inteligentnie i z dystansem. Wszystko to, co podobało mi się w „amerykańskim” skeczu z Kabaretobrania, ale bez mocnego przerysowania i wątpliwych żartów, może poza lekko wysiloną końcówką. Chociaż fakt faktem, solidny ‚plot twist’ na finał był 😀 Poza tym mam wrażenie, że było tutaj ogólnie napchane zbyt dużo polityki, bez której nie jedna i nie dwie poprzednie KNL obywały się znakomicie, więc i ta też mogła.
Po takim jak dotychczasowy opisie zdarzeń pewnie przypuszczacie, że zaraz rozkręcę się w moim niezadowoleniu i złośliwości, a cała sytuacja okaże się być powtórką z rozrywki. Zdziwicie się, oj się zdziwicie. Tak jak i ja zresztą. Ku mojemu radosnemu rozczarowaniu z czasem okazywało się, że udanych rzeczy jest o wiele więcej niż tych chybionych. Wspominałam o Nowakach. Ciachy nie zawiodły jak zawsze. Oczywiście! I w krótkich scenkach i w skeczach, chociaż ten pierwszy to nic innego, jak wyewoluowana jedna ze wstawek z tegorocznego Kabaretobrania… Ale co tam szkodzi, dobre numery pisane „na okazję” jak najbardziej powinny trafiać do normalnego grania. Dla wyrównania drugi, o szpitalu, to nówka sztuka i tutaj to aż mi jakaś łezka czy dwie pociekły od tego śmiechu. No nie mogłam, nie mogłam się powstrzymać, ja po prostu ryłam z tego jak głupia 😀 Góral z Rafałem z KMN-u w „filmie niemym” jako jedna z nielicznych fajnych wstawek pomiędzy skeczami też mi się spodobała. A, i jeszcze cyfrowo rekonstruowany Olbrychski… xD Puki z „Nieśmiertelnymi” o dziwo do zaakceptowania. O dziwo, bo wiadomo, po nich nie spodziewam się wiele, a tu bęc, bardzo ładnie się wkręcili w całość.
Na szczęście pozostał ciągle w koncepcji KNL pomysł zapraszania artystów nie-kabaretowych i w ramach tej kategorii pojawił się Wojciech Solarz, na co ja osobiście zareagowałam radością. Po „Bobrach” nie mogłam inaczej… 😀 Facecik w świecących butach też dawał radę, ogólnie sporo było ładnych występów tanecznych. Piotr Bukartyk jak normalnie jest mi obojętny, tak pierwszą piosenkę miał miłą, a drugą w porządku. Zaś kiedy później do Solarza dołączył nie kto inny, jak Michał Piela, to już był ryk, krzyk i pogo, a na jego solowym wejściu czysty płacz ze śmiechu. Ten dystans do samego siebie miótł. No wiecie, że aktorzy potrafią przytyć 10 kilo do jednej roli, a on… 😀 Powrócono też do jeszcze jednej tradycji – do Jabbara śpiewającego serio piosenkę. W dodatku padło na „Ten o tobie film” Nalepy. Och. OCH. TAK. Zupełnie jak parę lat temu było totalne przywalenie do gleby i gryzienie dywanu. Empetrójkę pliz, empetrójkę z tego (bo wideo już ktoś życzliwy dla mnie skołował)! Do kolekcji poprzednich pięknych wykonów będzie jak znalazł. A jak już się ochłonie po tym nieco, to warto jeszcze wspomnieć o paru fajnych drobiazgach typu wstawki o stand-upie i o koprodukcji polsko-rosyjskiej na fali zainteresowania Anną German, które były tak akuratne, że aż piękne.
Tak dotarliśmy do finału, a w nim do czegoś, po czym nie oczekiwałam, że może się udać, ale wyszło – trailera filmowego parodiującego bezpośrednio „W imię” niejakiej Małgośki Szumowskiej, a pośrednio całe polskie kino. Konkretnie, bez pierdzielenia i przecudne technicznie. Niby to szczegół, ale nie ma nic lepszego, niż coś, co jest jajcarskie, ale porządnie skręcone. I… nie wierzyłam później własnym oczom. Scena finałowa, która nie ma parcia na śmieszność. W tym momencie bez ściemy miałam ochotę sięgnąć po chusteczkę. To nie był masochizm. To nie była naiwność. Tym razem nie. Oczekiwanie, że ulubiony w gruncie rzeczy kabareton wygrzebie się z dołka, opłaciło się. Uczona niefajnym doświadczeniem nabierałam przekonania, że impreza ‚puszczona’ raz jest już nie do pozbierania. A tu inaczej. Dało się, bo komuś się zachciało. Może to jeszcze nie było w stu procentach to, za co KNL kochałam zawsze najmocniej, ale na pewno stało znacznie bliżej niźli ta abominacja, której byłam świadkiem prawie rok temu. Naprawdę, to bardzo mocno poprawiło mi nastrój – i tego wieczora, i w kwestii ogólnych zapatrywań na przyszły rok. Lubię się tak rozczarowywać. Oj lubię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *