A może jednak?… XV Mazurska Noc Kabaretowa

Prawdę mówiąc początkowo miała nie pisać o Mazurskiej. Oczywiście nie było mowy o relacji pisanej na gorąco, jak to drzewiej u mnie bywało, ale nawet krótkiej notki z wrażeniami nie chciało mi się wysmarowywać. Właśnie tak od pewnego czasu wygląda u mnie kwestia pisania kabaretowego. Nie chce mi się i nie zależy mi. Z drugiej strony – nie zanosiło się, aby było o czym (zeszłoroczne MNK mocno pozbawiły mnie złudzeń) ani dla kogo. Powiedzmy sobie szczerze, że ci, z którymi się trzymam na tym naszym środowiskowym „pobrzeżu”, doskonale wiedzą, co i o czym sądzę na tym poletku, więc i dłuższego elaboratu im nie potrzeba, przynajmniej teoretycznie. A reszta? No cóż… Wymknęłam się z fandomu w zasadzie tylko na rok, głównie po to, aby po powrocie stwierdzić, że to, co mnie wkurzało i co usiłowałam wypalać siarką i żelazem, rozprzestrzeniło się na dobre. Ta część długiego eseju też nie potrzebuje, bo woli teksty krótkie, do bólu uproszczone i koślawe, bo do pisania wyrywa się każdy, nawet, jeśli ma problem ze złożeniem do kupy jednego zdania. Bo tacy to z nich ambitni felietoniści. No cóż.
Ale widzicie, że jednak jakiś wpis powstał. Bo DOBRA, jak zobaczyłam przy pierwszej części podtytuł „Kabaret według Artura Andrusa”, to było już po mnie. Bo tego pana to ja w każdych okolicznościach bardzo chętnie obejrzę. Konferansjerzący Andrus dobrze na mnie działa. A śpiewający Andrus to miód na serce. Zawsze. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzą „Cyniczne córy Zurychu”…

Występy pozostałych zaczęły się prawdę mówiąc tak sobie. O Smaljach nie wiadomo, co myśleć, bo niby skecz o egzaminach na studia to był fajny pomysł, ale oczywiście w ich wykonaniu musiał być z żartami niskiego lotu i odrobiną nieprzemyślanego, nieobśmianego stereotypu. Jedyny pozytyw, że poszli z tym jako pierwsi, czyli numer na odstrzał. Za to Męczących teoretycznie powinnam bić po uszach za wyjście ze skeczem nie dość, że starym, to jeszcze jakże „karygodnie” nawiązującym do jedynej słusznej i nietykalnej klasyki. Taaa, o ten szpitalny mi chodzi. Ale jakoś nie mogę, bo to dobre było. No było dobre i już. Ilość mocnych tekstów po prostu nie do zapamiętania za pierwszym razem. Tak mnie dawno KSMy nie śmieszyli (jeśli nie liczyć ostatnio rozkosznie powalonego „Świętokrzyskie Stajl”), że aż mi się miło zrobiło. A K2… no cóż. Zawsze to coś lepszego niż Hlynur czy nieszczęsne Babeczki z Rodzynkiem (które być może już nie istnieją, bo Bartek siedzi tutaj, a niejaka Karolina zwiała do Słuchajcie – ale nie, to by było za piękne).
Gdy padło nazwisko Marcela Wiercichowskiego, byłam zdziwiona. Kiedy zaraz potem poszło hasło, że razem z Piotrem Plewą reprezentują Grupę Rafała Kmity, już tylko troszkę wzruszona. On jest w GRK. On jest w GRK. O Boże. A ja jeszcze pamiętam, jak miał więcej włosów, mniej zarostu i grywał różne ciekawe postacie w całkiem fajnych serialach. Poczułam się znowu stara, bo to było jakieś osiem lat temu. Echhh. Nieważne. To było dawno. A tego wieczora poradził sobie bardzo dobrze. Bo i skecz udany, z pewną ilością niepoprawnego polityczne żartu, który ostatnio bardzo mi odpowiada, ale on sam aktorsko też bardzo, bardzo. Wszystkich ewentualnych hejterów (a na pewno tacy będą, dam głowę) planuję bić po twarzy. Dobrej świeżej krwi nikt mi tu beształ nie będzie. A Elita jak zawsze dobrze. Niby mam ich zawsze pod ręką, bo wieczory kabaretowe w Literatce i takie tam, ale prawdę mówiąc mam wrażenie, że w TV grają lepsze rzeczy. Nawet, jeśli nie mają ze sobą Niedzielskiego.

 

Druga część. Andrus prowadzący całość byłby fantastyczny, wiem. Ale Daniec też nie jest zły. Zwłaszcza Daniec zachęcający publiczność do przeganiania deszczowych chmur. Ale i taki monologujący czy śpiewający też. Niezmiennie. Od lat. Chociaż i tak najbardziej zachwycił mnie od dawna nie widziany Marcinek ze swoim zającem. Oj, jak mi tego brakowało, to dopiero podczas tego skeczu sobie uświadomiłam.

Dalej też nie najgorzej, bo dalsze towarzystwo z Krakowa. Jak to mówią: kieliszka i Kabaretu Pod Wyrwigroszem nie odmawiam. A oni nie mogli sobie odmówić podjęcia tematu ustawy śmieciowej. Nie było niespodzianki. Okpili całość cudownie, bez litości, obnażając każdy bezsens tej sytuacji, która aż tak zabawna chyba nie jest. Pocieszę was jednym – zawsze, gdy nasz ulubiony rząd wymyśli coś bez sensu, ludziki z KpW to tak obśmieją, że od razu będzie nam lepiej. Chociaż tyle dobrego w tym wszystkim. Nowaki w sumie też nie zaskoczyli. Fifty fifty. Pół dobrych żartów i pół żenujących. Szkoda, bo temat studentów na stancji dawał spore możliwości. Na szczęście pewien niesmak osłodzono mi piosenką. W parodii Wyrwigroszy nawet ten cholerny Weekend nagle daje się słuchać. Ba, to jak dla mnie jedyna akceptowalna wersja, obok tej, którą Czesio Mozil ostatnio wyczynił w reklamie Playa 😛
A na deser Krosny. Też jak zawsze. Krosny nie zawodzi. Lubię to.

 

Trzecia część. Można mówić różne rzeczy o Łowcach, ale kiedy Maryjusz sam prowadzi jakieś imprezy kabaretowe, to nieźle sobie radzi. To zupełnie inny styl niż poprzednicy, ale pewnie chcieli postawić na różnorodność. Wprawdzie śmiem twierdzić, że momentami próbował być zbereźny na siłę, ale w sumie to już ta godzina… Podobnie pierwszy skecz Łowców zaraz po nim. Chociaż pierwsza odpowiedź Gajdy na pytanie o to, jak jest Wacek po angielsku, była cudna. Bo nie dla idiotów 😛 Tak jak parę dowcipów opartych o gry słowne w obcym języku, bo żeby to ogarnąć, trzeba by ten język po prostu w miarę znać. Ja znam. Wożonko.

Łowcy z „Witajcie w naszej bajce” to był plus. Wielki plus, bo imprezę, na której śpiewali to po raz pierwszy, „Od przedszkola do Lidzbarka”, do dzisiaj uznaję za jeden z najlepszych kabaretowych koncertów muzycznych ever i w zasadzie wszystkie wykony z niego (dobra, poza biednym „GoldenEye”…) na innych eventach są mile widziane. Po nich KSMy i znowu okej. Ja nie wiem, dlaczego, ale Szatan jako postać kabaretowa to jak dla mnie samograj i nawet w słabszych numerach potrafi mnie rozwalić. A że skecz (czy tam monolog, jak zwał to, tak zwał) wyszedł całkiem nieźle… Jak to powiedział potem Maryjusz: „Nie ma jak to piekielna zabawa” 😀 Piekielnie zabrzmiała też zapowiedź kolejnej scenki. Męczący, Łowcy i Smile. Mieszane składy są fajne, ale znając moją głęboką i szczerą sympatię do Smaljowego pana Stanisława, to wiecie, jaka mogła być moja reakcja. No i Śruba. Nie jestem pewna, czy naprawdę mam ochotę na kolejnego Śrubę. Nie. Nie. To mogło wyjść zdecydowanie lepiej.
A potem to już tylko śmiech pod nosem, bo KOPEREK. Łowcy wymyślili sobie nagrywanie różnych wersji tego kawałka na różnych występach z publicznością. Niby nic, ale fajna idea. Przynajmniej z „dopowiadaniem” tekstu na widowni nie ma problemu 😀
Oczywiście na koniec musiała być piosenka, ale trochę piosenki nigdy nie zaszkodzi. Chociaż poza słowami „kebaby, kebaby” z refrenu niewiele zapamiętałam, ale było ok. W sumie to Łowcy.

 

Zdziwiło mnie trochę, że w tym roku szarpnęli się nie na trzy, a na aż cztery części. Lecimy na bogato, co? Tę dziwną początkową piosenkę pominę, bo to było jakieś dziwne. Zupełnie nie w stylu tej imprezy. Teoretycznie mieli być wszyscy trzej konferansjerzy, a byli tylko Daniec z Maryjuszem. Więc tak sobie myślę: „Do stu diabłów, gdzie posialiście Andrusa?”.
Skecz K2 o nalocie Sanepidu na fabrykę gdzieś już wcześniej widziałam – nie wiem czy czasem nie w „Kabaretowym Klubie Dwójki” – i chociaż nie należy do moich ulubionych, to ma swoje momenty. Za to numer Nowaków o zakupach remontowych… Nie dowierzałam, ale ten im się wyjątkowo udał. Jest całkiem na poziomie (Wodecki! :D), żenujących zjazdów brak. Da się? Da. Z kolei cały dialog przed łowcową piosenką jednym uchem mi wleciał, a drugim wyleciał. Sama piosenka została chwilę dłużej. Tylko się zdziwiłam, kiedy nagle wpadły napisy końcowe i bum. Do widzenia, na dzisiaj finito. Podejrzewam, że to tylko było zakończenie transmisji, a potem coś się tam w Mrągowie działo dalej, ale i tak jakoś to wyglądało… od czapy. To zdecydowanie nie była piosenka na finał, o nie.

Ale w końcu oczywiście nie mogło być za pięknie i nie wszystko mogło być udane. No nie mogło. Nie mówię tu w sumie ani o garści sucharków w skeczach ani o „uciętym” zakończeniu. Raczej chodzi mi o to, że ktoś musiał powtórzyć błąd sprzed roku, z tą jedynie różnicą, że wywalił go do przedostatniej części zamiast wpychać do pierwszej. Kacper Ruciński. Przechwalony, przereklamowany, uwielbiany nie wiadomo za co Kacper Ruciński. Nie mogło wszak zabraknąć tego wieczora humoru grubo ciosanego, niesmacznego i w zupełnie nienaturalny sposób sprzedawanego publiczności, która mimo to pieje wręcz z zachwytu. Bo to stand-up! Bo to hamerykańskie! A wszystko, co hamerykańskie, jest dobre! Jaaasne. Już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że jeżeli opowiadanie na scenie kiepskich i nafaszerowanych bezsensownymi wulgarami dżołków na knajpianym poziomie to jest ten cały modny stand-up, to chyba znalazłam sposób na zarabianie pieniędzy, jeżeli nic innego mi nie wypali. Skoro to takie proste i tak zwani „wszyscy” to kupują…
To była ironia, jakby ktoś nie bardzo zrozumiał. I oczywiście pewne uogólnienie, bo są u nas standuperzy, którzy są całkiem strawni (vide Piasecka czy Rutkowski), ale fenomen popularności tego, co prezentują panowie Ruciński albo Giza, nadal pozostaje dla mnie totalnie niezrozumiały.

No, to była chyba jedyna prawdziwa porcja dissu w tym tekście. Czyli jest postęp. Bo widzicie, to była jedyna rzecz tego wieczora nań zasługująca. Jedyna. Naprawdę. Sama nie do końca w to wierzę, ale… tak jest.
Dobra, przyznajmy, to wszystko nie przypominało urywania widzom głów rodem z dawnych Mazurskich (tak mniej więcej do… dziesiątej?), ale wyglądało w sumie dużo, dużo lepiej niż przez ostatnie trzy lata. Zrezygnowali z „tematycznych” nocek, co jest trochę smutne i odbiera tym kabaretonom nieco uroku, ale jak się tak pomyśli, jak oni się z tej „tematyczności” wywiązywali niedawno i jak ten element, który do pewnego momentu był mocą MNK, stał się jej słabością, to z drugiej strony człowiek dochodzi do wniosku, że może to i lepiej. Oczywiście jeśli kiedyś do tego wrócą i będą znów to robić porządnie, to przyjmę to z radosnym przyklaśnięciem. Bo po tej tegorocznej Mazurskiej mam tę odrobinę przekonania, że może jeszcze coś z tego będzie. Może się komuś chociaż odrobinę zechce. No cóż. Zobaczymy.

 

P.S. Mimo wszystko trochę boli, że nie było lepiej. Tak to jest, jak się człowiek naogląda na TVP Rozrywka powtórek pierwszych Mazurskich (jeszcze wtedy pod nazwą Biesiad Kabaretowych), zobaczy tę całą bandę jako jeszcze młodych i niezmanierowanych, a do tego jakąś pierwszorzędną gwiazdę w stylu Zbyszka Wodeckiego czy nawet samego Emila Karewicza, no i jest żal.

Jedna myśl na temat “A może jednak?… XV Mazurska Noc Kabaretowa”

  1. A ja tam lubię tę piosenkę Weekendu :szybko ucieka:

    Szkoda, że nie miałam okazji zapoznać się z tym skeczem o ustawie śmieciowej – też akurat mam jej trochę dość. Tak to jest jak się od dłuższego czasu przepuszcza kabarety (a od zcyfrowania telewizji i drastycznego zmniejszenia ilości telewizorów w domu, nawet więcej niż kabarety…). Ale – oglądam, nie oglądam, ważne, że wpis nowy jest! Jak ja lubię pisanie w takim stylu, no.

    Wait, wait, wait! Łowcy..? Wacek..? Hehe, a to to widziałam XD Tak, to było betonowe. „Put in Putin”. Aż się cieszyłam, że akurat taty nie było, bo by nic nie rozumiał i tylko by się wściekał.
    I faktycznie, Mariusz się bardziej szarpał z tymi dziewczynami niż do nich przytulał. No ale to, na co zamienił sweterek – no no…
    „Can I stay?” „Nie, z tamtej” Hehhheheeehee XD

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *