Piosenki bardzo aktorskie

Od poniedziałku (4 marca, nie 11) minęło już trochę czasu, a ja nie ogarniam. No nadal nie ogarniam.

Chyba wraz ze zbliżającą się wiosną nadchodzi dla mnie jakiś sezon oglądania moich dawniejszych „celebrity crushes” na żywo. Najpierw Eryk Lubos, a teraz… teraz Mariusz Kiljan. W pełnoprawnym recitalu i z wejściem za free. Za dużo tego szczęścia na raz, nie? Nie zazdrośćcie, mało brakowało, a by nic z tego nie wyszło. W piątek poprzedzający tenże poniedziałek dopadł mnie jakiś koszmarny mikrob i męczył cały weekend. Do tego stopnia, iż poważnie obawiałam się, czy będę w stanie dowlec się na miejsce, zwłaszcza po niemal całym dniu zajęć. Ale cud się stał, w niedzielę wieczorem poza nosem zawalonym katarem byłam w dość dobrej formie, żeby jednak się stawić.
Zdaje się, że od mojej poprzedniej wizyty w „Literatce” przy okazji koncertu Artura Andrusa – bo właśnie tam recital miał się odbyć – ktoś się nauczył czegoś na własnych błędach i ogarnął kwestie organizacyjne, bo akcji typu wolne krzesełka i ludzie tłoczący się na schodkach nie było. Chociaż z drugiej strony frekwencja nie była aż taka, jak wtedy. Wszak Antur jest teraz bardzo na topie, platyna, listy przebojów, te sprawy… Pewnie kupa ludzi się wtedy zwaliła dla szpanu. Pff. Snobstwo.

„Ale nie mówmy o dewiacji”, cytując notabene AA, tylko przejdźmy do tego przyjemnego poniedziałkowego wieczora. Pomijam występy lokalne, mimo, że tym razem spoglądałam na nie przychylniejszym okiem. Nie bez wpływu pewnie był brak młodocianych wykonawców muzycznych z nurtu „patrzcie, przepona mi działa!”. Wtedy nawet to, że część „miejscowa” nadal słabo się mieści w definicji słowa „kabaretowy”, przestaje aż tak bardzo wadzić. A i film był. Dobry. „Dzień z życia Stanisława S.”, nietrudno się domyślić, o którym Stanisławie S. to mogła być opowieść. Niedługie, ale z wdziękiem i polotem, także jakby jakimś cudem udało się wam na to natrafić, to obejrzyjcie, bo warto.

Zaś recital… no cóż, recital… były i spolszczone piosenki Stinga, z których Mariusz Kiljan zrobił cały spektakl wieeeki temu (całkiem fajny zresztą, nagranie kiedyś TVP Kultura pokazała), coś z Waligórskiego, coś z „20 najśmieszniejszych piosenek na świecie”, przypałętały się kawałki zazwyczaj wykonywane przez jego kolegów po fachu (znaczy się „Psychobójca” i „Następny”)… Wszystko odśpiewane znakomicie, z kopem i świetnym aktorstwem, jak na tego pana przystało. Ale powiedzmy sobie szczerze – gdy zaczął śpiewać najpierw „Nie dokazuj”, a w późniejszej części koncertu „Wiosna, ach to ty!”, to właśnie wtedy nastąpiła sytuacja, gdy tylko cud utrzymał mnie na krześle i nie pozwolił się spieprzyć na podłogę. Kiljan śpiewa Grechutę, ojezusie słodki. Jeden z ulubionych śpiewających aktorów wykonuje kawałki, które zawsze uznawałam za śliczną i sympatyczną reprezentację piosenek z wysokiej półki, wręcz idealnych dla wokalistów takiego nurtu. Chociaż z drugiej strony porwał się też na coś z zupełnie innej bajki, bardziej rockowej, to znaczy na „Celinę” Kultu, i wyszło mu równie rewelacyjnie.
Tak czy siak, w efekcie opuściłam „Literatkę” na miękkich nogach. Uh. UH.

Wiecie, to nie tylko kwestia tego, że wielbiłeś jakiegoś aktora przez kilka ładnych lat, oglądałeś w TV niemal wszystko, w czym wystąpił, a teraz możesz go zobaczyć na żywo. Nie jest żadną tajemnicą, że od dawna jara mnie szeroko pojęta piosenka aktorska. To, co wyrabia się w niej w ostatnich latach, niestety nie nastraja mnie jakoś bardzo optymistycznie. Starczy wspomnieć, że nagrania z zeszłorocznej gali finałowej PPA. (hurra, znów TVP Kultura) wytrzymałam jakieś trzy minuty. Wszystko zgodnie z wytycznymi współczesnej, jakże awangardowej „sztuki” – jaskrawe, wrzaskliwe, bez wdzięku i sensu. Do tego stopnia, że nawet dobrzy wykonawcy z latami doświadczenia wrzuceni w te wszystkie wydziwaczone konwencje wypadają fatalnie (khem, khem, „Gra szklanych paciorków”, khem, khem). A tutaj taki Kiljan, chciałoby się nawet rzec, że stary dobry Kiljan. W repertuarze wybieranym zapewne według własnych upodobań, co jest dobre, bo – jak to mówią – nikt nikomu do niczego nie każe się naginać. Na scenie wypruwa z siebie i serce, i duszę, a momentami nawet flaki, jednocześnie wyrywając je widowni. Oczywiście to dość mocna metafora, bo żadnej przemocy tutaj nie ma, żadnych prób przeorania słuchaczowi mózgu, uszu i oczu na siłę. Nieprawdopodobna energia, bez żadnych niepotrzebnych eksperymentów na drodze artysta-widz. To po prostu… leci, włazi do głowy i każe się odczuwać. Bo ten facet ma talent. I tyle.

Warto było, warto i jeszcze raz warto.

2 myśli na temat “Piosenki bardzo aktorskie”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *