Pokochaj głupca.

Ojej. Ojej. Ojejejejejeeeeej! Właśnie przeglądam sobie zdjęcia z dzisiejszego spektaklu i nie ogarniam, że to już się skończyło. Niniejszym ogłaszam, iż dzisiaj… to znaczy wczoraj, 23 maja, zostałam w teatrze imienia Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze rozwalona na drobne, drobniusieńkie kawałeczki. Ale zbieram się do kupy, żeby napisać coś niecoś o tym, co się działo. A cóż? Premiera „Kolacji dla głupca”, mili państwo!

 

Początki, jak to zwykle, bywają trudne. Ze względów zdrowotno-losowych odpadła z wyjścia Klaudia (swoją drogą tak się streszczam z tą notką także dla niej, żeby wiedziała, dlaczego przy najbliższej okazji po prostu musi ze mną na to pójść :D). Nie mogłam liczyć na Anię, która akurat w ten weekend miała wyjechać do kolegów do Rzeszowa. Pogoda także nie nastrajała optymistycznie – prawdopodobieństwo dotarcia do teatru z suchą głową zdawało się być nikłe. Ale nagle bum, Deus ex machina, wszystko się ułożyło. Z powodu radośnie panoszącej się w naszym kraju powodzi Anka jednak nie pojechała i chętnie się zgodziła na wspólne wyjście, a w niedzielę słoneczko wychyliło się zza chmur, fundując piękną pogodę i 20 stopni.

Tak więc od strony „organizacyjnej” wszystko było w jak najlepszym porządku. A sztuka? Hmmm. Sztuka. Od początku było wiadomo, że komedia i tak się nastroiłyśmy. Poznajcie Pierre’a Brochanta! Jest bogatym wydawcą, który ma żonę imieniem Christine i dziwny zwyczaj. Otóż co tydzień urządza z przyjaciółmi szczególną imprezę. Jest to tak zwana kolacja dla głupca – każdy z gości przybywa z jakimś dziwakiem, oryginałem czy innym głupkiem w szerokim rozumieniu tego słowa, z których Pierre i przyjaciele stroją sobie żarty (oczywiście tak, żeby delikwent się nie zorientował w sytuacji). Wygrywa ten, którego „głupek” okaże się być największym idiotą. I akcja rozpoczyna się w momencie, kiedy to pewnego wieczora, tuż przed kolejną taką „zabawą” panu Brochant, który miał już nagranego ponoć znakomitego palanta, wypada dysk po tym jak… pod prysznicem pochylił się po mydło. Z kolacji nici. Zaprzyjaźniony lekarz, profesor Archambaud, nastawiwszy kręg (oj, zabolało) zaleca odpoczynek i zostawia tabletki przeciwbólowe – ale na wypadek, jakby naprawdę bolało. W dodatku Christine, która ma już serdeczne dosyć jej zdaniem okrutnych zabaw męża, wychodzi obrażona z domu. A umówiony głupiec, którego Pierre nie zdążył odwołać, przybywa… Nazywa się Francois Pignon, jest księgowym w wydziale podatkowym Ministerstwa Finansów i pasjami buduje modele różnych obiektów architektonicznych (głównie mostów) z zapałek. No i tak zaczyna się pieprznik.

Nie będę opisywać dalszego biegu zdarzeń. Bo a nuż widelec ktoś nie zna, a będzie chciał obejrzeć kiedyś. Zresztą jeśli komuś naprawdę zależy, to na Jelonce jest opis ze spoilerami jak stodoły. Smacznego. Mogę tylko powiedzieć, że koncepcja pana wydawcy obróci się przeciwko niemu.

 

Teraz przechodzimy do najlepszego. To jest do aktorstwa. I tu będzie chyba sam miód, bo nie znalazłam nikogo, kto zagrałby słabo. Rolę Pierre’a Brochanta reżyser powierzył Jackowi Grondowemu, co wydaje się być w stu procentach zrozumiałe. Mimo, że w zasadzie w każdej roli sprawdza się świetnie, to właśnie za komediowe kreacje nasza publiczność kocha go najmocniej 🙂 „Lepki” i niedobry wydawca w jego wykonaniu wypadł tak, jak trzeba. Od samego pojawienia się na scenie śmieszył, a poza tym gorączkowo ratował sytuację, odgrywał ból kręgosłupa (ponoć bardzo autentycznie) i ogólnie nie ogarniał rozpierdzielu, jaki mu zaserwował pan Pignon… a może jaki zafundował sobie on sam poprzez zaproszenie Francoisa? No i – tradycyjnie, chciałoby się rzec – po mistrzowsku ogrywał nieprzewidziane okoliczności, w tym wypadku dzwoniący komuś telefon (w momencie, kiedy na widowni zaczął rozbrzmiewać ten cholerny, świdrujący uszy dzwonek Nokii, zapytał scenicznego partnera, czyli Piotra Konieczyńskiego: „To pański?”). Niemniej zabawny i ciekawy był Jarosław Góral, który w „Kolacji…” zagrał Juste’a Leblanca, pisarza i wieloletniego przyjaciela Pierre’a, z którym przestał rozmawiać po tym, jak odbił mu dziewczynę. Elegancki, sympatyczny… i nie wyrabiający ze śmiechu na widok akcji, jakie rozgrywają się na jego oczach. Jego reakcje rozwalały w niektórych momentach bardziej niż sytuacje, na które były odpowiedzią. Pośmiać się można też było z granego przez Marka Prażanowskiego Luciena Chevala – przyjaciela Pignona, skrupulatnego… ba, wręcz upierdliwego kontrolera podatkowego, którego z pewnych względów Bronchant musi u siebie ugościć (ah, te okulary a’la Stępień z „13. posterunku”… xD). Przemazał się na początku sympatycznie Jacek Paruszyński jako profesor Archambaud. No i panie. Tylko dwie, ale jakie. Lidia Schneider jako Christine Bronchant – z jednej strony stanowcza i wręcz wyniosła, z drugiej strony jednak łagodna i kochająca. Sporo udało jej się wycisnąć z roli średnio wyeksponowanej i rozbudowanej. Zdecydowanie łatwiej miała Katarzyna Janekowicz (ah tak, Arabella z „Czarnej maski”!), która w spektaklu wcieliła się w postać Marlene Sasseur. Jej bohaterka, była dziewczyna Pierre’a (przynajmniej w jego mniemaniu) jest zdrowo pokręcona. Wierzy w karmę i inne sprawy „duchowe”, ma cztery psy i jest nimfomanką. Nie zabrakło śmiechu i z jej przyczyny – trudno było wytrzymać, skoro już na samo dzień dobry Marlene rzuca się na leżącego na kanapie Brochanta…

Ktoś może się zdziwić, że pominęłam odtwórcę jednej z najistotniejszych postaci, jeżeli nie głównej. Oj nie, mili państwo. Ja po prostu najlepsze zostawiłam sobie do opisania na koniec 🙂 Oto creme de la creme, wisienka na torcie i niekwestionowana gwiazda wieczoru – Piotr Konieczyński! Ten pan wydawał się być wprost stworzony do tej roli. Francois Pignon w jego wykonaniu nie jest postacią jednowymiarową, zdefiniowanym tytułowym mianem. Z jednej strony faktycznie, jest to typ może nie tyle głupca, co głuptasa, uroczego w swoim oryginalnym podejściu do życia. Z pasją opowiada o swoim zapałczanym hobby, reaguje złością na „deskę z żaglem”, obrażony rusza w stronę drzwi, by po chwili na dźwięk swojego imienia/nazwiska wrócić w trymiga (mi i Ani idealnie skojarzyło się z tym zachowaniem jedno z ulubionych powiedzonek naszego kolegi Konrada: „Nie dość, że głupie, to jeszcze tresowane” xD). Z drugiej jednak jest… po prostu dobrym gościem, gotowym z miejsca i bezinteresownie pomagać właściwie obcemu człowiekowi, który w dodatku chce go wystawić, o czym Francois nie wie. Nosi połamanego bólem Brochanta, pilnuje, żeby czasem ktoś nie zakłócił jego odpoczynku, wciela w życie jego prośby. Wszystko z baaardzo różnym skutkiem, ale ciii, liczą się intencje. Pan Piotr swoją grą zdecydowanie przekonuje, że te są bardzo czyste. Grą na maksa, dodajmy – bo nie odpuszcza, jedzie „na stówę”, na całe dwie godziny po prostu zamienia się w pociesznego Francuza, który lubi robić mosty z zapałek. Kiedy trzeba, rozśmiesza. I to tak, że chyba nawet największy ponurak by nie wytrzymał. „Odreagowywanie” po rozmowie telefonicznej z Chevalem na temat meczu pogniotło mnie chyba najmocniej. Kiedy trzeba, wzrusza. Jak na przykład w finale, który drastycznie różni się nastrojem od całości. Niby to ludzie tacy rozchichrani po tym całym pochodzie nieprawdopodobnie śmiesznych sytuacji, ale ja tam poczułam, że chyba jakąś łezkę uronię… Jego Pignona dzięki temu naprawdę da się polubić. A nawet pokochać. No i pan Konieczyński naprawdę podnosi Grondowego, który do najlżejszych, zaprawdę powiadam wam, nie należy 😀 W skrócie mówiąc – ja wiedziałam, że on świetnym aktorem jest. Ale, u licha, żeby AŻ TAK? I chyba nie tylko ja tak uważam. Tego wieczora po raz pierwszy w swoim teatralnym życiu usłyszałam, żeby aktor otrzymał brawa w trakcie spektaklu.

 

Taaaak. Zdecydowanie nietrudno jest się domyślić, że jeleniogórska wersja „Kolacji dla głupca” spodobała mi się niesłychanie i że szczerze ją polecam. Dlatego, że wesoła – a śmiechu nigdy za wiele, zwłaszcza, gdy nie jest to pusty śmiech. I dlatego, że znakomicie zagrana – naprawdę, nasi aktorzy są powodem do dumy. Te dwie godzinki z przerwą nie dłużą się ani trochę (swoją drogą zdziwiłam się, gdy przeczytałam później, że to tyle trwało – mnie się wydawało, że krócej!).

 

 

Oczywiście, nie mogłam odmówić sobie udziału w bankiecie i zarazem pokazania Ani, jak się czasem lubię bawić 😀 Tym razem odbył się on wprawdzie nie we foyer, a w teatralnej knajpce, ale zdaje się nie robiło to ani nam ani nikomu innemu dużej różnicy. Spotkałam Dominika – tego z warsztatów. Tak zachwycony jak ja nie był, bo preferuje rzeczy poważniejsze i kopiące do myślenia. W sumie trochę mnie to zdziwiło, bo przecież „Kolacja…” też zmusza do refleksji… ale nieważne. Widać kwestia oczekiwań. Oczywiście udało mi się też zagadnąć do paru osób z obsady i pochwalić je za udane kreacje. Konkretnie wskazując, byli to Kasia Janekowicz i Piotr Konieczyński. Z panem Piotrem udało mi się pomówić dłuższą chwilę, co naturalnie niezmiernie mnie cieszy. Przyznał, że był bardzo zestresowany przed wejściem na scenę – to jednak duża i bardzo „przegadana” rola. Jak widać było na deskach, nerwy zadziałały jak motywacja 🙂

 

 

Potem działy się jeszcze inne rzeczy, ale to już materiał na zupełnie inną opowiastkę. A teraz ufff, koniec i spać. Chociaż po tak pełnym wrażeń wieczorze będzie ciężko…

2 myśli na temat “Pokochaj głupca.”

  1. Kurczę… Masz tak lekkie pióro, że nawet do zupy ze zgniłej cebuli (oczywiście to porównanie nie ma nic wspólnego z tematem notki ;-)) potrafiłabyś zachęcić. Chapeau bas!

    1. A dziękuję, dziękuję 🙂 No cóż, po prostu jeżeli coś mi się naprawdę spodoba, nabywam momentalnie zdolność supermiodzenia. Ponoć to, co dobre, należy chwalić… a ta sztuka była jedną z lepszych, jakie widziałam w tym sezonie. Jest się czym pochwalić :)(Za to jeżeli coś mi się naprawdę nie spodoba, robię się wredna i paskudna… ale to tak na marginesie :D)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *