Tydzień zbójecki (3): Szkoła bafi, óczy i wyhofóje

Och tak. Temat nasunął mi wczorajszy dzień. Gdybym miała faktycznie spełnić pewnie swoje postanowienie, to wczoraj w mojej szkole na lekcji polskiego doszłoby do rozlewu krwi. W mojej szkole, ulubionej i ukochanej, która zawsze różniła się od tych wszystkich ponadpodstawowych burdeli, w których uczyłam się wcześniej, która zawsze była od nich lepsza… do dzisiaj. Bo wczoraj doznałam będąc w niej czegoś, co Francuzi nazywają „deja vu”. Wróciło do mnie uczucie, które od jakichś ładnych dwóch lat omijało mnie szerokim łukiem. Uczucie, że ktoś właśnie dokonuje na mnie prania mózgu, próbując wcisnąć mi do głowy to, co uważa za słuszne, zupełnie nie bacząc na to, co już w tej głowie jest. Stąd też momentalnie przypomniało mi się wszystko to, co mnie wkurwia we wspaniałym, polskim szkolnictwie.

 

Zgodnie ze sloganem (tym razem napisanym już w stu procentach poprawnie): szkoła bawi, uczy i wychowuje. Bawi – no, powiedzmy. Prawda jest taka, że nieszczególnie. Uczy – bo po to została powołana. Wychowuje – … no, i tu będzie więcej do napisania. Zacznijmy od tego, bo kiego grzyba w ogóle szkoła ma wychowywać. Od wychowywania z definicji są rodzice. Czasem dziadkowie, wujostwo, inni opiekunowie – wiadomo, różnie to bywa. Bo źle to robią? Bo wyrabiają w dziecko „nieprawidłowy” światopogląd? Stawiam na to drugie. Szkoła wtłukuje nieszczęsnym dzieciakom do głów jedyny słuszny obraz świata, w miarę zaawansowania toku kształcenia zależny od tego, kto właśnie siedzi na rządowych stołkach. Nikt nie patrzy, że ty uważasz tak i tak – „prawda” jest jedna i to, co ty o tym sądzisz, jest nieistotne. Polska szkoła zresztą ogólnie nie potrafi uwzględnić indywidualności ucznia, chociaż każda powtarza jak mantrę, że „pomoże uczniowi w rozwijaniu jego zainteresowań”. Zaiste, pomaga – urządza ci kółko matematyczne i chemiczne, kiedy akurat tych przedmiotów nienawidzisz jak jasnej cholery, a te kółka, które cię zaciekawią, rozwiąże z powodu braku chętnych albo w ogóle cię do nich nie dopuści, ustawiając porę na taką, kiedy jeszcze masz lekcje albo w inny, bardziej wyrafinowany sposób (są i takie – w jednej z placówek, gdzie się niegdyś uczyłam, żeby dostać się do kółka teatralnego, trzeba było przejść „casting”…).No a na jakąkolwiek pomoc, wysyłanie na jakieś konkursy itp. mogą liczyć chyba tylko ci, których powszechnie zwie się kujonami. Jeżeli nie masz samych piąteczek i szósteczek, zazwyczaj zostajesz z góry uznany za nierokującego nijak głąba, z którym nie warto nic robić. Swoją drogą ciężka sprawa, żeby szkoła miała wychowywać, skoro często ludzie, mający się tym zajmować, najczęściej okazują się być babskami, które po „znakomitych studiach” wylądowały ucząc cudze dzieci za marne grosze i które w związku z tym odreagowują swoje nieudane życie na nieszczęsnych uczniach. A ciężko jest młodym szanować kogoś, kto nie szanuje ich. I się ludzie dziwią, że niektórzy kończą na YouTubie z koszem na głowie. Chociaż nauczyciel, którym się pomiata, nie jest jeszcze najgorszy. Najgorszy jest taki, który udaje super-hiper-stanowczego, a w rzeczywistości przymyka oko na uczniów, z którymi sobie nie radzi, bo się ich boi. Kiepski to wzór do naśladowania. Taka kombinacja może zaowocować tylko jednym – „urobieniem” kolejnego krzywego pokolenia. I kolejnego, i kolejnego…

 

A może ja po prostu miałam pecha i po dwakroć z rzędu trafiłam do najgorszych możliwych szkół pełnych nauczycielskich paskud…? Bo może i wczoraj wkurwiono mnie bardzo, ale ta moja obecna szkoła naprawdę fajna jest. I zaprzecza chyba wszystkim rzeczom, które wymieniłam. A wczorajsze chyba należy potraktować jako wypadek przy pracy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *