Kolacja geniuszy

[Zaczęłam pisać około godziny 22.00 wczoraj, ale się jak zwykle przeciągnęło – stąd w tekście notorycznie przewija się magiczne słowo „dziś”, a nie „wczoraj” ;)]

 

 

Wstyd przyznać, ale moja dzisiejsza wizyta w Pałacu Paulinum była moim pierwszym wyjściem na spektakl w tym sezonie 0.o Oj nieładnie, nieładnie. Będziem nadrabiać. Ale tak czy siak dzisiaj oto, w środku tygodnia, wraz z mamą wybrałyśmy się właśnie do tego uroczego budynku, żeby obejrzeć tam sztukę „Kolacja na cztery ręce”. Termin wymogły okoliczności – w Paulinum zagrali pierwsze kilka spektakli, reszta będzie już w teatrze na Scenie Studyjnej. A to zdecydowanie nie będzie to samo! Tak więc jakoś około godziny 18.30 dotarłyśmy taryfą na miejsce – pół godziny przed czasem, czego nijak się nie spodziewałyśmy. Także czas do rozpoczęcia spektaklu spędziłyśmy oglądając wszystko wokół, a także siedząc w… oranżerii? Jakoś tak to się zwało. Przyjemny zakątek. Jak i cały pałac. Ceny też mają niezłe, jeśli chodzi o noclegi (nie ma to jak dzień wcześniej obczajać ich stronę internetową), ale ciii. Baj de łej kogo minęłyśmy przed wejściem? Pana dyrektora! … Tak, troszkę szpanuję. Wprawdzie nie wiem, czym, bo minięcie nawet kogoś takiego nic nie znaczy, ale co tam… Tak czy siak Paulinum jest śliczne. No i idealnie oddaje klimat Hotelu Turyńskiego, gdzie Haendel i Bach mieliby się spotkać. „Mieliby” – bo tak naprawdę nigdy się nie spotkali, chociaż jako że żyli w tych samych czasach, musieli znać nawzajem swoją twórczość. Taki mały „artistic-fiction”. Tak więc doszła 19.00, kiedy nagle drzwi sali balowej otworzył Piotr Konieczyński – już od tego momentu wcielający się w postać Jana Krzysztofa Schmidta – i zaprosił nas do środka z dostojeństwem rasowego kamerdynera. Pod ścianami ustawione równiutko krzesła, na środku stół ze świecznikiem i stylowy fotel, po lewej lustro, a pod nim stolik z butelkami i zastawą. Schmidt witał gości, grzecznie się uśmiechał (swoją drogą – rozmiękanie pod wpływem uśmiechu pana Piotra nie przeszło mi z wiekiem. Aaaa!). Gdy już wszyscy się usadowili, zapowiedział, że chociaż to dopiero przed nami, już wie, że to będzie szczególne wydarzenie, gdyż spotka się tutaj dzisiaj na kolacji dwóch wielkich kompozytorów. I w zasadzie… miał rację. To było coś. A nawet Coś.

Z jednej strony Jerzy Fryderyk Haendel. Gospodarz. Bywalec salonów. Najlepiej opłacany muzyk tamtego okresu. Kawaler, bezdzietny. Z drugiej strony Jan Sebastian Bach. Gość. Skromny kantor kościoła pod wezwaniem świętego Tomasza. Z żoną i dwadzieściorgiem dzieci na utrzymaniu. Takie spotkanie nie mogło odbyć się w miłej i spokojnej atmosferze. Na początku wszystko wydaje się jaśniutkie jak słoneczko. Haendel zaprasza Bacha na kolację niejako z przymusu (Bach właśnie został przyjęty do Towarzystwa Nauk Muzycznych), ale poza tym trochę jakby zwisa mu, kto do niego przyjdzie – nawet nie pamięta nazwiska swojego gościa. Tak, jest cholernie zarozumiały. Bach, w przekrzywionej peruce i najlepszym surducie, po dwakroć nicowanym jest cichutki, grzeczny, jakby zakłopotany sytuacją. Niektóre z wykwintnych potraw serwowanych na kolacji widzi po raz pierwszy w życiu i niekiedy nawet nie ma zielonego pojęcia, jak je zjeść, jakkolwiek głupio to nie brzmi. Na przykład takie ostrygi (swoją drogą instruktaż Schmidta w tej kwestii to komiczna scenka!). Haendel jako dziecko dostawał rózgą, kiedy próbował grać. Bach – kiedy próbował nie grać („I to się nazywa szczęśliwe dzieciństwo” – skomentował Haendel). Ale im dalej w las, tym mniej klarownie. Bach zazdrości Haendlowi splendorów i sławy, których on sam ma dość. Haendel czuje się samotny, chciałby mieć potomków, którzy mogliby po nim wszystko odziedziczyć – Bach swoich dzieciaków i żony ma powyżej uszu. Haendel przyznaje, że płaszczy się przed innymi, by wspinać się wyżej. Ciągle musi walczyć z ludzką podłością i zawiścią. Ciągle boi się, że ktoś okaże się lepszy, a on pójdzie w odstawkę. Bach nie zna tego wszystkiego (a przynajmniej początkowo się do tego nie przyznaje), ale co z tego ma? Im więcej wina wchodzi w obieg, tym bardziej szczerzy robią się obaj panowie. Lecą peruki, lecą surduty, zaczyna się wyrzucanie z siebie tego, co leży na wątrobie. Z tego cichego, zagubionego gościa Bach stopniowo zmienia się w człowieka pewnego siebie, silnego, gdyż zdaje sobie sprawę, że on cieszy się muzyką i nikt mu tego nie broni, sam sobie wybiera przyjaciół, o czym Haendel może tylko pomarzyć. Finalnie wychodzi, że Haendel Bacha podziwia i chciałby mieć jego talent, zaś Bach Haendla nie cierpi, bo nie rozumie, jak ktoś mniej zdolny od niego mógł zrobić taką karierę. Ale śmiem twierdzić, że podziałało to oczyszczająco na obu i skończyło się raczej dobrze.

Sama w sobie sztuka dobra i ciekawa. Jako, że nie widziałam nigdy wersji Kutza z Teatru TV, miałam, że tak to ujmę, „tabula rasę”, żadnych wyobrażeń czy oczekiwań. I myślę, że miałam szczęście tym samym. Oglądało się świetnie. Zarówno Bogdana Kocę (Jan Sebastian Bach), jak i Marka Prażanowskiego (Jerzy Fryderyk Haendel) widziałam „w akcji” po raz pierwszy. Udany duet, udane kreacje każda z osobna. Żadnego szarżowania, żadnej przeginki. A jeśli jeszcze dodamy pana Konieczyńskiego, czyli Schmidta do kompletu, to już naprawdę mamy świetny zestaw. Początkowo miałam pewne drobniutkie opory przed przekonaniem się do pana Marka i jego Haendla, ale myślę, że wynikało to z faktu, iż jaśniepan Jerzy Fryderyk to jednak kawał bufona, a przynajmniej na początku. Czyli najwyraźniej tak miało być… Jest poważnie, rzekłabym nawet filozoficznie, ale i chwilami wesoło. Jednym ze źródeł drobnego komizmu jest pewien pomysł reżysera (którym jest zresztą sam pan Koca), a mianowicie, że… kolacja jest na niby. Znaczy się żarcie. Za to panowie aktorzy podkładali głos pod pożywienie i naczynia. Bulgotanie wina nalewanego z butelki, ślurp wysysanych ostryg i ślimaków oraz inne takie… Że tak to ujmę, dubbingowali kolację 😀 Ale dobry to musiał być dub, bo po pierwszym śmichu-hihu człowiek stopniowo zapomina o umowności i zaczyna dowierzać, że oni coś tam dobrego mają. Sporo wesołości – chyba najwięcej, myślę – wprowadzała postać Jana Krzysztofa Schmidta. Służący Haendla i jedyny jego przyjaciel, który jest zachwycony twórczością Bacha i sam po godzinach coś próbuje komponować. Nie dość, że rola ciekawa sama w sobie, to jeszcze popisowo zagrana przez pana Konieczyńskiego. Żadne jego wejście nie obeszło się bez chociaż odrobiny wesołości na widowni. Schmidt opowiada Bachowi zawstydzające gospodarza historyjki (np. jak to musiał go karmić ostrygami, zanim ten nauczył się je wysysać), na co Haendel zazwyczaj reaguje słowami „Wynoś się” i Janek wylatuje, zawsze epicko trzaskając drzwiami… no prawie zawsze, ale mniejsza o to 😛 A scena, kiedy już mocno wstawiony i rozwścieczony kolejną wstydliwą opowiastką Haendel próbuje Schmidta udusić (bezskutecznie zresztą, bo Bach rusza mu na pomoc) – bezcenna! Szczególnie, gdy tuż po Schmidt-Konieczyński siedzi na podłodze z założonymi rękami, z miną obrażonego dziecka i na tłumaczenie Bacha, że Haendel nie chciał mu zrobić nic złego, odpowiada, że chciał go udusić, jak zwykle, a gdy Bach tłumaczy takie zachowanie Haendla jako tylko efekt tylko złego humoru – że tak, od trzydziestu lat. Chociaż scena, gdy Haendel mówi o cieniach sławy, o tym, że grożono mu śmiercią, a Bach… o zupie, że jego żona robi ją podobnie, tylko, że nie dodaje tymianku, też niczego sobie… Filozoficznego rozważania z czarną komedią pospołu, to się nazywa miód 🙂

A potem już koniec, zgasły światła, trzej panowie – już w cywilnych dżinsach i sweterkach – ogarnęli cały ten bajzel, zdmuchnęli liczne świece, które paliły się przez cały spektakl. Gdy światło się zapaliło ponownie, ukłonili się kilkakrotnie oklaskującej ich gorąco publiczności. Po ostatnich ukłonach zaś odtwórcy ról obu antagonistów wyszli trzymając się „po kumpelsku”. Mały myk, a kurczę cieszy.

 

Podsumowując… Tak, tak – polecam szczerze, chociaż zdaję sobie sprawę, że na Scenie Studyjnej będzie to wyglądało zupełnie inaczej 🙂 Dobra sztuka w dobrej realizacji z bardzo dobrą obsadą (cytując moją mamę: „Ale świetni to byli wszyscy trzej!”). Naturalnie w Internecie pojawiły się już tuż po premierze negatywne opinie różnych sierot popromiennych po byłym dyrektorze pseudoartystycznym (starczy jedna wycieczka na Jelonkę.com, żeby znaleźć ich parę…), ale kto brałby pod uwagę opinię brutalistów za dychę, spragnionych za przeproszeniem srawangardy? Każdy miłośnik prawdziwej, szlachetnej sztuki teatru powinien się czuć zaproszony na tą artystyczną kolację z dwoma muzycznymi geniuszami.

Jedna myśl na temat “Kolacja geniuszy”

  1. Jeśli Pani ma życzenie poznać tę starą telewizyjną wersję, to służę płytką. Kontakt na pocztę. Pozdrawiam. Cinek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *